FUN IN ACAPULCO – przygoda z Acapulco

„FUN in ACAPULCO”
-przygoda z Acapulco-

Mariusz Ogiegło

Stara niepisana zasada Hollywood głosiła, że w filmach nie mogą występować żadne zwierzęta ani dzieci. Przez długie lata starano się tej reguły przestrzegać. Z czasem jednak na dużym ekranie zaczęło się pojawiać coraz więcej dziecięcych gwiazd, które swą grą podbijały serca widzów. Na początku lat sześćdziesiątych młodych aktorów zaczęto angażować także do filmów z udziałem Elvisa Presleya. Początkowo powierzano im tylko krótkie role, takie jak epizody w „G.I.Blues” z 1960 roku czy „Girls! Girls! Girls!” z roku 1962.

Dopiero w nakręconym na początku 1963 roku obrazie „Fun In Acapulco”, kilkunastoletni wówczas Larry Domasin otrzymał jedną z głównych ról. Postać menedżera Elvisa, którą wspaniale kreował w filmie na długie lata zapadła w pamięci fanów. Kiedy kilka miesięcy temu wymieniałem krótką korespondencję z aktorem, napisał „dobrze dostać wiadomość od fana Elvisa, który mieszka w odległości prawie połowy planety od miejsca w którym mieszkam”. I z wzajemnością Larry. Ten majowy tekst poświęcony historii komedii „Fun In Acapulco” dedykuję właśnie Tobie za chwile wzruszeń i dobrej zabawy na ekranie oraz Laurze i jej mamie za ich wyjątkowe wspomnienia.

W studiu nagraniowym
18 stycznia 1963 roku, dziesięć dni po swoich dwudziestych ósmych urodzinach, pociągiem osobowym marki Super Chief (jadącym w kierunku Arkansas) Elvis udał się do swojej posiadłości Perugia Way mieszczącej się w willowej dzielnicy Beverly Hills w Los Angeles.

Kilka dni wcześniej, 11 stycznia, piosenkarz odbył długą rozmowę z rodzicami przebywającej od Świąt Bożego Narodzenia w Memphis Priscilli Beaulieu, dziewczyny którą poznał podczas służby wojskowej. Próbował przekonać jej najbliższych by pozwolili jej zamieszkać w Graceland. Niestety, pomimo usilnych próśb z jego strony, dziewczyna musiała wrócić do Frankfurtu w Niemczech w ustalonym wcześniej terminie…

Zaledwie trzy dni po przyjeździe do Miasta Aniołów, 21 stycznia, w studiach wytwórni Paramount ruszyły prace nad kolejnym, trzynastym już filmem z jego udziałem.

Popołudniu, 22 stycznia, Elvis pojawił się w studiu Radio Recorders w Hollywood by zarejestrować utwory do ścieżki dźwiękowej. „Jakiekolwiek podejrzenie o to, że tolerowano zbyt płaski dźwięk w ‘It Happened At The World’s Fair’ który nadzorował inżynier dźwięku Thorn Nogar zniknęło niczym tequila pod księżycem Acapulco wraz z zastąpieniem go przez Dave’a Weichmana podczas nowej sesji nagraniowej, która rozpoczęła się 22 stycznia”, pisze w „Platinum: A Life In Music” Ernst Jorgensen.

Do nagrań zaproszono gitarzystów: Scottyego Moora, Tinny Timbrella (w kilku utworach zagrał również na mandolinie) i Barneya Kessella, bębniarzy: D.J.Fontanę i Hala Blaine, perkusistę: Emila Radoccia, pianistę Dudleya Brooksa a także Anthonyego Terrana i Rudolpha Loera, którzy zagrali na trąbkach. Wokalnego wsparcia udzieliły dwa kwartety, The Jordanaires i The Amigos.

Sesję otworzyła „energetyczna” kompozycja Mike’a Stollera i Jerrego Leibera, „Bossa Nova Baby”, którą pod koniec poprzedniego roku (muzycy nagrali ją w październiku, a miesiąc później piosenka znalazła się już na singlu) wylansowała grupa Tippy and The Clovers. Ich wykonanie zrealizowała na płycie wytwórnia Tiger. „Leiber i Stoller ciągle kochali muzykę latynoamerykańską (świadczy o tym kilka ich utworów dla grupy Drifters), ale popełnili wspólną pomyłkę mieszając muzykę latynoamerykańską z muzyką brazylijską”, zauważył w książce „Platinum: A Life In Music” (stanowiącej część czteropłytowego zestawu z 1997 roku) Collin Escott. „Bossa Nova Baby” była tego najlepszym przykładem…

Ernst Jorgensen z kolei pisał w jednej ze swoich publikacji, że „bossa nova była aktualnym brazylijskim fenomenem”. Moda na nią przyszła wraz z przebojem „Desafinado” (również z roku 1962) Stana Getza i Charliego Byrdsa.

W tym samym czasie na listach przebojów tryumfy święcił młody amerykański jazzman, Herb Alpert i jego Tijuana Brass z utworami „The Lonely Bull” i „Acapulco 1922” (szósta pozycja na amerykańskiej liście przebojów i dwudziesta druga w brytyjskim zestawieniu). Przy tak olbrzymim zainteresowaniu latynoskimi rytmami nikogo nie dziwił fakt, że do nowej sesji Presleya podczas, której nagrywano muzykę do filmu, którego akcja rozgrywa się w słonecznym Acapulco, zdecydowano się wprowadzić charakterystyczne latynoamerykańskie brzmienia, a w szczególności sekcje trąbek. „Elvis był zmotywowany” stwierdził Jorgensen.

Piosenkę nagrano po jedenastu podejściach. Zanim jednak przybrała ona ostateczny, znany wielbicielom artysty, z singla i płyty kształt muzycy przez kilkanaście minut próbowali w studiu zupełnie innej aranżacji. Opisując jedno z wczesnych podejść do tego nagrania, Collin Escott pisał tak: „’Bossa Nova Baby’ jest rumbą ze wstępem Bo Diddleya (popularny w latach sześćdziesiątych muzyk bluesowy i rock’n’rollowy, przyp. autor) i przerwą w trąbkach mariachi […] Ta alternatywna wersja jest lepsza, mniej wygładzona niż wersja finałowa”. Wersja master (podejście jedenaste), choć może bardziej dynamiczna i rytmiczna jednak do złudzenia przypominała wykonanie zespołu The Clovers (zachowano większość charakterystycznych elementów piosenki, włącznie z organowym łącznikiem pomiędzy kolejnymi zwrotkami).

Autorzy kolejnej nagranej tego dnia piosenki, Don Robertson i Hal Blair inspiracji do jej napisania szukali odwiedzając hiszpańskie nocne kluby i przysłuchując się granej w nich muzyce. Rezultatem tych nocnych eskapad były dwa nowe utwory. Nad pierwszym z nich, utrzymaną w średnim tempie kompozycją, „I Think I’m Gonna Like It Here”, Elvis pracował przez kilkadziesiąt minut (tylko pierwszego dnia). Największe trudności sprawiała mu część refrenu napisana w języku hiszpańskim, którą miał wykonać w harmonii z towarzyszącymi mu w studiu grupami wokalnymi. Ostatecznie prace nad utworem zakończono po nagraniu dziesiątej próby, a wersję master, która weszła w skład płyty złożono z niemal całego dziesiątego podejścia i dwóch ostatnich linijek próby siódmej.

Po skończonej pracy nad piosenką Dona Robertsona i Hala Blaira muzycy przeszli do kompozycji „Mexico” Sida Teppera i Roya C.Bennetta. W książce „Today, Tomorrow & Forever” Collin Escott słusznie zwrócił jednak uwagę na fakt, że zaledwie dwa lata wcześniej (w 1961 roku) współpracujący z Elvisem gitarzysta basowy Bob Moore doprowadził do pierwszej dziesiątki list przebojów instrumentalny utwór o tym samym tytule, który w swoim brzmieniu był o wiele bardziej „meksykański” niż kompozycja nagrana w 1963 roku przez Presleya (i być może bardziej nadawał się do ścieżki dźwiękowej)! „…ale to był pomysł Sida Teppera i Roya C.Bennetta na meksykańską muzykę”, stwierdził biograf piosenkarza opisując piosenkę „Mexico”. „…i to jest dalekie od czegokolwiek co Meksykanin mógłby rozpoznać”, dodał Escott.

Jakości piosenki nie podniosła nawet obecność w studiu dwójki profesjonalnych trębaczy, Anthoniego Terrana i Rudolpa Loera zaangażowanych przez dyrektora muzycznego wytwórni Paramount Pictures, Josepha Lilleya. „Elvis brzmiał całkiem niepewnie we wczesnych podejściach i tak naprawdę nigdy nie rozgrzał się w tej piosence” – komentuje Collin Escott. „Jego zazwyczaj nieskazitelna synchronizacja wydawała się wprawiać go w zakłopotanie” ciągnie dalej autor.

Utwór nagrano dopiero po siedmiu podejściach i co ciekawe na wersję finałową wybrano sprawiającą wrażenie niekompletnej próbę piątą (ostatnia, siódma próba została opisana jako alternatywna wersja master), podczas gdy w następnej (szóstej) Elvis zaśpiewał cały tekst – łącznie z wersami, które w filmie miał później wykonać partnerujący mu Larry Domasin.

Jak wynika z dokumentacji tej sesji nagraniowej, pomiędzy powyższym utworem a piosenką „The Bullfighter Was A Lady” napisanej podobnie jak „Mexico” przez Sida Teppera i Roya C.Bennetta (autorów większości piosenek ze ścieżki dźwiękowej filmu „Fun In Acapulco”), zespół zrealizował jeszcze instrumentalną wersję kompozycji „Mexico” (po trzech podejściach), której później prawdopodobnie użyto w filmie oraz dograno do tego utworu wokal Larrego Domasina (w tej kwestii jednak dokumentacja jest już znacznie uboższa i informacje na temat tego duetu są wyjątkowo skromne).

W wywiadzie udzielonym serwisowi Elvis-Collectors kompozytor Roy C.Bennett kilkakrotnie zaznaczył, że piosenki, które w latach sześćdziesiątych dostarczali do studia, na sesje nagraniowe Presleya, były pisane na zamówienie i powstawały na podstawie scenariusza filmu, który wcześniej otrzymywali, a ich zadaniem było stworzenie takiego utworu, który pasowałby do danej sceny (co nie zawsze w połączeniu z bardzo szybkim tempem pracy przekładało się na wysoką jakość piosenek). „Na przykład, dla ‘Fun In Acapulco’ gdzie jeden z bohaterów jest żeńskim torreadorem napisaliśmy ‘The Bullfighter Was A Lady’”, wspominał kompozytor.

Opisując tą styczniową sesję w swojej książce, Ernst Jorgensen był bardzo oszczędny w słowach, jednak już we wstępie rozdziału poświęconego „Fun In Acapulco” podkreślił, że „nagrania z hiszpańskim posmakiem takie jak ‘Guadalajara’ czy ‘The Bullfighter Was A Lady’ były sukcesem zarówno w brzmieniu jak i atmosferze.[…] On (Elvis, przyp. autor)śpiewał znakomicie, z całkowitym zadowoleniem”.

Do nagrania „The Bullfighter Was A Lady” Elvis potrzebował dziewięciu podejść (choć ostatecznie i tak zdecydowano, że na płytę trafi mix podejścia siódmego i dziewiątego).

Na kilkadziesiąt minut przed zakończeniem pierwszego dnia nagrań na taśmach zarejestrowano jeszcze dwie nowe kompozycje, „Marguerita” (z „upajającą słodyczą trąb Tijuany”, jak opisał ją Ernst Jorgensen) i „Vino, Dinero Y Amor”. Pierwsza z nich była dziełem Dona Robertsona i powstała w wyniku wizyt autora w hiszpańskich nocnych klubach. Elvis nagrał ją za ósmym podejściem. Ostatnia tej nocy piosenka natomiast została napisana (jak większość nagranego pierwszego dnia materiału) przez duet Sid Tepper i Roy C.Bennett a muzycy nagrali ją zaledwie po pięciu próbach.

Dwunastogodzinny maraton w Radio Recorders powoli dobiegał końca. Zanim jednak zespół opuścił mury studia i udał się na zasłużony odpoczynek po wyczerpującym dniu pracy grupa The Amigos w składzie Jose Vadiz, Miguel Alciade, German Vega i Pedro Berrios zarejestrowała jeszcze dwie filmowe wersje utworu „Vino, Dinero Y Amor”. Obie, „Club version” (wersja klubowa, trwająca nieco ponad minutę i zarejestrowana po czterech podejściach) i „Boat version” (wersja z łodzi, półminutowe wykonanie nagrane za trzecim podejściem) zostały wykorzystane w pierwszych scenach filmu.

Oficjalnie pierwszy dzień prac nad soundtrackiem do filmu „Fun In Acapulco” zakończył się piętnaście minut po godzinie pierwszej w nocy.

Kolejnych nagrań dokonano dopiero następnego dnia kilka minut po godzinie trzynastej po południu. Sesję otworzyła popowa kompozycja Freda Wise i Dicka Manninga (urodzonego w Rosji amerykańskiego pianisty i kompozytora) , „(There’s) No Room To Rhumba In A Sports A Car”. Tuż po niej muzycy zarejestrowali utwór, który za kilka tygodni wybrano na tytułowe nagranie nowego filmu i płyty z muzyką z niego. „Fun In Acapulco”, bo o tym nagraniu mowa, napisali autorzy kilkunastu filmowych przebojów Elvisa, Ben Weisman (przez całą swoją karierę Presley zarejestrował aż pięćdziesiąt siedem napisanych przez niego utworów) i Sid Wayne. Obu nagrań dokonano za pierwszym podejściem.

Niewiele więcej, bo zaledwie dwóch prób potrzeba było do nagrania kolejnego utworu. „El Toro” było jeszcze jedną pełną hiszpańskich motywów kompozycją Billa Gianta, Berniego Bauma i Florenca Kaye. Elvis wraz z towarzyszącym mu zespołem zarejestrował go już po trzecim podejściu (chociaż ostatecznie wersję master złożono z niemal kompletnej drugiej próby i kilku sekund zakończenia pierwszej. Trzecie podejście do dzisiaj nie zostało wydane).

Znacznie więcej czasu muzycy poświęcili na nagranie nowych wersji utworów zarejestrowanych poprzedniego dnia, „I Think I’m Gonna Like It Here” (dziewięć podejść, z których wersję master złożono z kolejno, próby osiemnastej i dziewiętnastej) i „The Bullfighter Was A Lady” (osiem prób). Producenci sesji kontynuowali numerację podejść z poprzedniej nocy, a w różnych opisach tych nagrań możemy spotkać się z określeniem „remake” bądź „movie version”. Tym ostatnim określeniem (wersja filmowa) opisane zostały wersje master obu nagranych tego dnia piosenek.

Przez wielu kolekcjonerów płyt Presleya, nowe wersje „The Bullfighter Was A Lady” i „I Think I’m Gonna Like It Here” uznawane są za znacznie lepsze i surowsze od oryginałów nagranych dzień wcześniej.

Recenzując reedycję płyty „Fun In Acapulco” z kolekcjonerskiego katalogu FTD Label, Piers Beagley, pisze wręcz, że „to niezwykłe, że RCA zdecydowała się umieścić pierwotną wersję („The Bullfighter Was A Lady”,przyp.autor) na oryginalnym LP”. W dalszej części swojego artykułu autor zauważa, że „Elvis miał prawdziwą zabawę z tą ścieżką dźwiękową a jego entuzjazm przebija w świetnym wokalu”.

Po ukończeniu pracy nad nowymi wersjami kompozycji Dona Robertsona zespół przystąpił do nagrania tradycyjnej hiszpańskej melodii, „Malaguena”. Niewiele jest informacji na temat tego utworu i jego roli podczas tej sesji nagraniowej. Nie wiadomo do dzisiaj czy historia dziewczyny z portowego miasta położonego w prowincji Andalucia, do której oryginalne, hiszpańskie słowa napisał Ernesto Lecuona, miała pozostać jedynie ścieżką instrumentalną czy też planowano nagranie do niej dodatkowych wokali, w tym wokalu Elvisa.

Jedyne co jest pewne to fakt, że muzycy wraz z kwartetem The Amigos nagrali swoją wersję tego klasyku, do którego w roku 1955 Marion Banks dopisał angielskie słowa, po sześciu podejściach a Elvis niestety nigdy swojego wokalu do niego nie dograł…

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zanim „Malaguena” trafiła do hollywoodzkiego studia, trzy lata wcześniej stała się sporym przebojem w wykonaniu m.in. Connie Francis.

Tylko kilkadziesiąt minut dzieliło muzyków od zakończenia drugiego dnia nagrań w Radio Recorders. Jedną z ostatnich zarejestrowanych tego dnia piosenek, balladę „You Can’t Say No In Acapulco” („Nigdy nie mów nie w Acapulco”) napisała trójka kompozytorów, którzy mieli już na swoim koncie kilka filmowych przebojów, Sid Feller (o którym Ray Charles powiedział „jeżeli oni nazywają mnie geniuszem to Sid Feller jest Einsteinem”), Dolores Fuller (podobnie jak w wielu poprzednich utworach występująca pod pseudonimem Dee Fuller) oraz Les Morris.

W swoim tekście opublikowanym na stronie Elvis Information Network, Piers Beagley tak relacjonował przebieg pracy nad tym utworem: „W podejściach 1-4 Elvis miał problem z wbiciem się w odpowiedni takt. W pewnym momencie wydaje się być bardzo sfrustrowany, zatrzymuje taśmę i mówi ‘zatrzymaj to, cholera z tym’[…]W pierwszej kompletnej próbie (Take 4) Elvis wydaje się być bardziej powściągliwy w słowach a tempo jest znacznie wolniejsze”.
Ostatecznie na płytę ze ścieżką dźwiękową trafiła kolejna próba, z numerem pięć.

Styczniową sesję zamknięto starym, również filmowym, przebojem Pepe Guisara (a właściwie Jose Morfina „Pepe” Guizara, bo tak brzmiało pełne nazwisko kompozytora) z 1938 roku, „Gudalajara”. Po raz pierwszy, urodzony w 1912 roku autor wykonał go w filmie „Caminos de Ayer”. Piosenka nosiła wówczas oryginalny tytuł „La Mano De Dios”.

Elvis nie nagrał swojej wersji od razu. Jako pierwsi pracowali nad nią muzycy i wokaliści z The Amigos. Ścieżkę instrumentalną zarejestrowano po siedmiu podejściach (jej wersję master złożono z pierwszej i ostatniej próby).

Kilka minut później, około pół do szóstej nad ranem zakończono kolejny, trwający blisko jedenaście godzin (!) maraton nagrań. Zmęczony Elvis i muzycy opuścili mury studia.

Miesiąc później, 27 lutego, w przerwie pomiędzy kolejnymi zdjęciami do nowego filmu, zorganizowano jeszcze jedną, krótką sesję nagraniową w hollywoodzkim studiu Radio Recorders. Oprócz obsługi studia, tj. inżyniera dźwięku Dave’a Weichmana i producenta z wytwórni Paramount Pictures, Josepha Lilleya, przybył na nią jedynie Elvis Presley, który po dziesięciu podejściach nagrał wokal (piosenkę zaśpiewał po hiszpańsku!) do przygotowanego kilka dni wcześniej instrumentalnego podkładu do utworu „Guadalajara”.

Na planie filmowym
Acapulco to miasto, port i kurort jednocześnie leżące w Meksyku w stanie Guerrero nad Oceanem Spokojnym. Według spisu ludności z 2006 roku zamieszkuje go sześćset pięćdziesiąt osiem tysięcy osób. Według scenariusza napisanego przez Allana Weissa (tego samego, który pracował m.in. nad scenariuszem do „Blue Hawaii”) na początku lat sześćdziesiątych, Acapulco było miejscem, w którym rozgrywała się cała akcja filmu „Fun In Acapulco” z udziałem Elvisa Presleya, do którego zdjęcia ruszyły dokładnie 28 stycznia 1963 roku. I nie było by w tym wstępie nic niezwykłego gdyby nie fakt, że słynny piosenkarz nigdy do meksykańskiego kurortu nie zawitał a ponad dziewięćdziesiąt procent filmu powstało w hollywoodzkich studiach wytwórni Paramount Pictures (w tym wszystkie ujęcia z udziałem Elvisa).

Obraz wyreżyserowany przez Richarda Thorpe (właściwie Rollo Smort Thorpe), który swoją przygodę z kinem rozpoczynał jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, najpierw jako aktor, a później jako reżyser niemych filmów (debiutował w roku 1924 filmem „Rarin’ To Go” a „Fun In Acapulco” był jedną z ostatnich produkcji nad którą pracował) opowiadał historię Mike’a Windgrena (w jego postać wcielił się Elvis), młodego cyrkowca z grupy „Latający Windgrenowie”, który przybywa do Meksyku by zapomnieć o wypadku, który zdarzył się podczas jednego z występów a w wyniku którego śmierć poniósł jego brat (upadł na ziemię w trakcie akrobacji na trapezie).

Po przybyciu do Acapulco chłopak pracuje na luksusowym jachcie ale traci tą posadę w wyniku kłótni z piękną córką właściciela statku. Podczas występu w jednym z nocnych klubów poznaje słynnego torreadora –atrakcyjną Dolores Gomez. Kobieta jest nim oczarowana. Opuszczając lokal Mike poznaje młodego pucybuta, sympatycznego Raoula Almeido, który od razu proponuje wokaliście, że załatwi mu nową pracę i zostanie jego menadżerem… Już następnego dnia Windgren zostaje główną śpiewającą atrakcją wieczoru w ekskluzywnym Acapulco Hotel a w wolnych chwilach… ratownikiem (eks cyrkowiec dzięki skokom do wody chce zapomnieć o prześladującej go przeszłości i pozbyć się lęku wysokości). Obecność akrobaty w hotelu, a w szczególności ostatnia posada stają się przyczyną konfliktu z Moreno, dotychczasowym pracownikiem basenu i narzeczonym pięknej Marguerity Dauphin, w której główny bohater zakochuje się podczas swojego pierwszego koncertu…

Film wyprodukował Hal B.Wallis, a obok Elvisa na ekranie pojawiło się kilku znakomitych aktorów, wśród nich pochodząca ze Szwajcarii Ursula Andress, która zagrała Margueritę Dauphin, a którą amerykańska publiczność miała okazję poznać jako pierwszą ‘dziewczynę Bonda’ w brytyjskiej produkcji z 1963 roku „Dr. No”. Wielu kinomanów do dzisiaj uważa ją za najlepszą partnerkę słynnego agenta. Obraz „Fun In Acapulco” był jej pierwszym filmem zrealizowanym dla amerykańskiego kina (wcześniej aktorka znana była głównie z występów w europejskich, szczególnie włoskich produkcjach).

Drugą, główną rolę kobiecą powierzono pochodzącej z Tijuany w Meksyku, Elsie Cardenas. Aktorka zanim pojawiła się u boku Elvisa miała na swoim koncie m.in. występ w słynnym dramacie „Olbrzym” („Giant”) z 1956 roku, w którym główną rolę zagrał wielki idol Presleya, James Dean.

Główne role męskie przypadły debiutującemu wówczas na ekranie, ośmioletniemu Larremu Domasionowi (na planie filmu w towarzystwie Elvisa, Pułkownika Parkera i członków ekipy, młody aktor świętował swoje kolejne urodziny), który wcielił się w rolę menedżera Mike’a Windgrena, Raoula Almeido oraz Alejandrowi Reyowi, który zagrał przystojnego ratownika na przyhotelowym basenie i rywala Elvisa do serca pięknej Marguerity.

Na stronie australijskiego fanklubu Elvisa można przeczytać także interesującą informację o tym, że dyrektorzy lokali, hoteli i nocnych klubów, w których występował grany przez Presleya bohater byli również znanymi aktorami, mającymi na swoim koncie role w kasowych produkcjach. I tak m.in. szefa klubu La Perla kreował Salvador Baguez, którego widzowie znali z takich filmów jak „The Snows of Kilimanjaro”, „Love Is A Many Splendored Thing” czy „Titanic” z roku 1953.

Praca nad zdjęciami do „Fun In Acapulco” trwała blisko dwa miesiące. Tylko nieliczne ujęcia zostały nakręcone w plenerze natomiast reszta filmu powstawała w studiu. Elvis, który kilkanaście dni wcześniej skończył dwadzieścia osiem lat był w doskonałej formie i nalegał by wszystkie kaskaderskie wyczyny mógł wykonywać osobiście. Producenci filmu byli jednak pełni obaw i nie chcieli przystać na jego prośby. Niemniej jednak po długich rozmowach Elvis bez udziału kaskaderów wystąpił m.in. w sławnej scenie rozgrywającej się w cyrku, podczas której dochodzi do śmiertelnego wypadku, a która wymagała od niego akrobacji na trapezie zawieszonym ok. dwudziestu stóp nad ziemią. Jak czytamy w tekście na temat filmu opublikowanego na stronie australijskiego fanklubu, Hal B. Wallis dla zwiększenia bezpieczeństwa zdecydował by scena ta została nakręcona dopiero ostatniego dnia produkcji, po zakończeniu wszystkich innych zdjęć. Jedyną sceną, w której kategorycznie zabroniono Presleyowi osobistego udziału była scena finałowa, w której grany przez niego Mike Windgren skacze z wysokiego na sto trzydzieści sześć stóp klifu La Perla (prawdziwy klif, który możemy podziwiać w tej komedii nazywa się La Quebrada i znajduje się w Meksyku).

W dokumentach dotyczących „Fun In Acapulco” zachowały się wzmianki na temat szczegółowych dat, w których powstawały niektóre sceny. Dzięki temu dzisiaj wiemy, że 8 lutego kręcono m.in. słynną scenę z utworem „Bossa Nova Baby”, a np. 1 marca Elvis wraz z ekipą filmową pracował nad ujęciami do utworu „Margeuerita”.

Tego też dnia (1 marca) na planie pojawiła się Priscilla ze swoim ojcem. W broszurze dołączonej do kolekcjonerskiej reedycji płyty „Fun In Acapulco” (FTD Label) znajduje się informacja o tym, że w trakcie spotkania omawiano głównie warunki, na których przyszła żona artysty miała się wprowadzić do jego ojca i macochy. Nie było to jednak jedyne spotkanie do jakiego doszło w trakcie kręcenia tego filmu…

Do kolejnego doszło w marcu (konkretna data nie jest znana). I być może nie było ono aż tak ważne dla Elvisa jak chwile spędzone z Priscillą, ale w pamięci piętnastoletniej wówczas La Von Scott na długie lata zapadło w pamięć… Jej historię opowiedzianą przez Texa Rudolffa, pracownika w studiach Paramount Pictures, odnalazłem w jednym z archiwalnych numerów magazynu „Elvis International” i uznałem, że nie przedstawienie jej w tym artykule spowoduje, że będzie on zwyczajnie niekompletny.

Swoją opowieść Tex Rudolff rozpoczyna tak: „La Von Scott urodziła się w kwietniu 1948 roku ze stwardnieniem rozsianym”. Mając zaledwie dziesięć lat rodzice musieli oddać pochodzącą z Texasu dziewczynkę do Kalifornii gdzie mogła uczęszczać do specjalistycznej szkoły. W latach pięćdziesiątych La Von jak większość dziewczyn zafascynowała się osobą Elvisa Presleya. Była to jednak miłość niezwykła. „Jej mama, Dorothy Scott, zabierała ją do kina by mogła zobaczyć każdy film jaki Elvis zrobił. […] La Von nie mogła zasnąć bez zdjęcia Elvisa położonego obok niej na poduszce. Tak naprawdę, Elvis był jedyną przyjemnością jaką La Von otrzymała od życia”, pisze Rudolff.

W marcu 1963 roku ciotka La Von, Willie Mae, zwróciła się z prośbą do Texa (który Elvisa poznał już podczas kręcenia filmu „King Creole” w roku 1958) z nietypową prośbą. „Zadzwoniła do mnie i zapytała czy jest jakakolwiek możliwość żeby La Von mogła zobaczyć Elvisa osobiście, nawet z odległości lub chociaż z control roomu”, relacjonuje przebieg rozmowy były pracownik Paramount Pictures. „Wydarzyło się to wtedy gdy Elvis kręcił ‚Fun In Acapulco’ dla Paramount. Ja pracowałem wówczas dla Desilu Studios, drzwi obok Paramount, więc powiedziałem jej, że zobaczę co da się zrobić. Poszedłem na salę zdjęciową i porozmawiałem z kilkoma pracownikami, których znałem, mówiąc im co chcę zrobić. Niemal wszyscy powiedzieli, że to może być niemożliwe i że producent Hal Roach nigdy się na to nie zgodzi”, ciągnie swoją opowieść Tex.

Autor tekstu nie dał jednak za wygraną i następnego dnia postanowił osobiście przedstawić całą sytuację Elvisowi. „Następnego ranka wstałem i wpadłem do studia Paramount, wszedłem prosto na plan, po którym przechadzałem się czekając na swoją szansę by podejść do Elvisa. Podszedłem do niego z krótkim zdaniem, mówiąc, że na pewno mnie nie pamięta ale byłem monterem kabli na planie ‘King Creole’ i zwracam się do niego z wielką prośbą”. Po tych słowach Tex opowiedział Elvisowi o La Von i przedstawił mu jej największe marzenie. Według jego relacji piosenkarza nie trzeba było długo namawiać na spotkanie. Osobiście przekazał swoje zaproszenie dla swojej młodej fanki i jej najbliższych a także powiedział kiedy i gdzie mają się pojawić by nikt im nie przeszkadzał.

„La Von, jej nauczycielka ze szkoły specjalnej, mama La Von, ciotka i ja przybyliśmy pod frontowe lobby Paramount o godzinie 11. Fritz (szef ochrony w Paramount) czekał na nas i zabrał prosto na scenę” – wspominał Tex Rudloff. „Fritz postawił nas w cieniu, z tyłu obok kamery. Elvis ćwiczył muzyczną scenę w scenografii meksykańskiej kafejki (z opisu i ze zdjęć zamieszczonych w magazynie wynika iż do spotkania doszło podczas kręcenia sekwencji z utworami „Vino, Dinero Y Amor” i „I Think I’m Gonna Like It Here”, przyp.autor). Po próbie podszedł na początek planu i zobaczył naszą małą grupkę stojącą w cieniu. Uśmiechnął się szeroko i dwu albo trzykrotnie przechadzał się przed nami w odległości około trzydziestu stóp, więc La Von mogła go zobaczyć. Naturalnie była bardzo podekscytowana.

‘Dalej Elvis, możesz zrobić więcej niż tylko chodzić przed nami’ mówiłem w myślach sam do siebie. Zrozumiałem jednak jak trudne dla niego musiało być zrobienie czegokolwiek w tej sytuacji, w której się znalazł. Po chwili jednak odwrócił się i ruszył w naszym kierunku. Przedstawiłem wszystkich, a on przyklęknął, położył rękę na oparciu wózka inwalidzkiego i rozpoczął zwyczajną pogawędkę z La Von, widząc, że nie jest mu ona w stanie nawet odpowiedzieć oprócz widocznego podekscytowania i drżenia, które okazywała”, relacjonuje przebieg spotkania Tex. Autor tekstu zapamiętał także, że na zakończenie wizyty La Von i jej rodziny na planie filmu Elvis poprosił swojego fotografa o zrobienie im kilku wspólnych pamiątkowych zdjęć (fotografie tydzień później trafiły w ręce nastoletniej fanki, która nie rozstawała się z nimi przez długi czas). Swoje wspomnienia Tex Rudloff kończy zdaniem: „ten dzień potwierdził to co wszyscy myśleliśmy o Elvisie, był najlepszym z najlepszych!”.

O drobnych problemach z garderobą podczas zdjęć do filmu „Fun In Acapulco” usłyszałem po raz pierwszy od najbliższych Larrego Domasina, z którymi miałem przyjemność wymienić korespondencję. Laura, dziewczyna z którą pisałem meile kilka miesięcy temu wspominała opowieść swojej mamy, która była obecna na przyjęciu wraz z Elvisem oraz resztą ekipy. Piosenkarza poznała w dosyć niecodziennej i zabawnej sytuacji – podając mu upuszczony przez niego na ziemię owoc, po który on bał się schylić osobiście z powodu zbyt dopasowanych spodni, które miał wówczas na sobie.

Podobną historię opisuje na swojej stronie oficjalny fanklub Presleya z Australii. Autor zamieszczonego tam artykułu wspomina, że Elvis czuł się bardzo „niekomfortowo” w koszuli z krótkimi odwijanymi rękawami. Sam piosenkarz miał się wyrazić, że nigdy by takiej prywatnie nie założył.

W tym samym tekście jednak autor zauważa, że po zakończeniu zdjęć do filmu Elvis zwrócił się do producenta Hala B.Wallisa z prośbą o możliwość zatrzymania dwóch czarnych jedwabnych koszul i stroju flamenco, które nosił na planie.

Zdjęcia do „Fun In Acapulco” zakończyły się w środę, 13 marca 1963 roku. Następnego dnia zorganizowano promocyjną sesję fotograficzną a 18 marca skończono dogrywać wszystkie niezbędne dialogi w studiach Paramount. Film był gotowy.

22 marca Elvis opuścił Hollywood i z Los Angeles pojechał wprost do Memphis, gdzie w Graceland oczekiwała na niego od kilku dni Priscilla.

Fun In Acapulco
Pierwszy singiel zwiastujący nowy filmowy album Presleya ukazał się 1 października 1963 roku. Soundtrack promowały utwory „Bossa Nova Baby” (strona A) oraz „Witchcraft” na stronie B, chociaż w broszurze dołączonej do kolekcjonerskiego wydania „Elvis Sings Memphis Tennessee” (FTD Label) możemy znaleźć informację, że pierwotnym pomysłem było zamieszczenie na drugiej stronie kompozycji Chucka Berryego „Memphis, Tennessee” (odstąpiono jednak od tego pomysłu ponieważ Elvis nie był zadowolony z nagranej w maju 1963 wersji tego przeboju).

Kilku ówczesnych i późniejszych krytyków i biografów Presleya podważało słuszność wyboru utworu promującego ścieżkę dźwiękową. Leszek C. Strzeszewski w swojej doskonałej książce pisał tak: „miano przeboju zdobyła uparcie lansowana ‘Bossa Nova Baby’ chociaż ‘Mexico’ czy ‘Vino, Dinero Y Amor’ były o całe niebo lepsze”.

Pomimo to przebój Jerrego Leibera i Mike’a Stollera świetnie się sprzedawał i już po kilku tygodniach uplasował się na wysokim ósmym miejscu w zestawieniu tygodnika Billboard (nieco gorzej radził sobie utwór „Witchcraft”, który zatrzymał się zaledwie na trzydziestym drugim miejscu). W sumie sprzedano ponad siedemset tysięcy egzemplarzy nowej płyty.

Album ze ścieżką dźwiękową z trzynastego filmu Presleya na sklepowych półkach pojawił się na dwa tygodnie przed premierą filmu, 15 listopada (zrealizowano go zarówno w wersji monofonicznej jak i w wersji stereo). Na płycie znalazło się jedenaście utworów zarejestrowanych podczas styczniowej sesji nagraniowej oraz dwa nagrania dodatkowe, „Slowly But Surely” oraz „Love Me Tonight” z majowej sesji w Nashville. Ich pojawienie się było wynikiem akcji ‘value for money’ (doceń zawartość za pieniądze) wprowadzonej przez wytwórnię RCA i Pułkownika Parkera po tym jak sprzedaż albumów ze ścieżkami dźwiękowymi z filmów Presleya drastycznie spadła. Przepaść pomiędzy wynikami sprzedaży płyty „Girls! Girls! Girls!” a zrealizowanego przed kilkoma miesiącami najkrótszego longplaya Presleya „It Happened At The World’s Fair” była olbrzymia.

Polityka Pułkownika na szczęście okazała się skuteczna i album „Fun In Acapulco” rozpoczął wędrówkę po listach przebojów ostatecznie zatrzymując się na wysokiej trzeciej pozycji.

Półtora miesiąca po wypuszczeniu przez RCA singla, 27 listopada, na ekrany kin w całych Stanach Zjednoczonych trafiła trwająca dziewięćdziesiąt siedem minut komedia „Fun In Acapulco”. Premierę poprzedziła niezbyt przychylna recenzja opublikowana w magazynie Variety na krótko przed pierwszym pokazem. Autor sugerował w niej, że „Elvis przeszedł długą drogę i zasłużył na lepszy materiał”, a w tekście z 20 listopada napisano wręcz, że „fani Presleya nie będą rozczarowani ponieważ zaśpiewa on dziesięć piosenek i trochę się porusza. Jednakże jego gwiazda nie zdołała przykryć braków w scenariuszu i dla tych, którzy nie są jego miłośnikami jedyną atrakcją może się okazać podziwianie pejzaży Acapulco w Technicolorze”.

Dopiero kilka miesięcy później, 20 stycznia 1964, na łamach tej samej gazety Howard Thompson zamieścił nieco bardziej pozytywną opinię na temat filmu. „W porównaniu z Beatlesami Elvis brzmi w ‘Fun In Acapulco’ jak Caruso. I na pewno wygląda lepiej. […] To przyjemny sielski film, który nie traktuje niczego poważnie nakręcony pod czujnym okiem Richarda Thorpe. Doskonałe kolorowe zdjęcia i ciepła atmosfera kurortu, luksusowe hotele, plaże i urocze boczne drogi – pozytywnie cieszą oczy”, pisał dziennikarz Variety.

Ostatecznie film „Fun In Acapulco” uplasował się na piątej pozycji w zestawieniu Variety’s National Box Office Survey a w corocznym podsumowaniu najlepszych bestsellerów wydawanym przez ten magazyn na początku nowego roku zajął trzydzieste trzecie miejsce. Zyski ze sprzedaży komedii przyniosły około 3.3 miliona dolarów.

Trzynasty film Presleya dotarł również do krajów europejskich i zebrał wśród tamtejszych krytyków i fanów opinie – nie zawsze pozytywne. Większość z nich zaczęła zwracać uwagę na powtarzające się scenariusze, które już wkrótce zyskały miano ‘formuły Elvisa’. Todd Slaughter, prezes angielskiego fanklubu piosenkarza, w książce „The Elvis Archives” pisał, że „filmowa maszyna ruszyła w 1963 roku. To były ‘Fun In Acapulco’ dla Paramount, ‘Viva Las Vegas’ i ‘Kissin’ Cousins’ dla MGM. ‘Fun In Acapulco’ był jeszcze jednym filmem zrealizowanym wg ‘formuły’ z dużą ilością kolorowej i przyjemnej scenerii”. Leszek C. Strzeszewski z kolei na kartach swojej książki twierdził, że „’Fun In Acapulco’ był dobrze zrobiony technicznie, ze świetnie wykorzystaną techniką tylnej projekcji lecz słabego scenariusza, w którym Elvis jako eks- cyrkowiec usiłuje zapomnieć o tragicznym wypadku nie ratowało ani to ani kilka dobrych piosenek opartych na motywach meksykańskich, które Elvis zaśpiewał tak jakby sam był Latynosem”.

Najlepiej jednak zrecenzował swoją filmową karierę sam Elvis podczas spotkania z supergrupą The Beatles w sierpniu 1965 roku. W obrazie dokumentalnym „Anthology” John Lennon, który wraz z pozostałymi beatlesami obejrzał „Fun In Acapulco” w kinie objazdowym w Miami w trakcie swojego pierwszego tournee po Stanach Zjednoczonych wspominał, że rozmawiając z Presleyem w jego posiadłości w Bel Air zapytał go czy ma już pomysł na swój kolejny film. Ten odparł: „Ah, pewnie. Zagram chłopca ze wsi z gitarą, który spotyka na swojej drodze kilka dziewczyn i śpiewa kilka piosenek”.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.