G.I.BLUES – Przyjdźcie zobaczyć nowego Elvisa!

G.I.Blues
-Przyjdźcie zobaczyć nowego Elvisa! -

Mariusz Ogiegło

„To nie jest (film, przyp.autor) o moich rzeczywistych doświadczeniach w armii”, wyjaśniał Elvis dziennikarzom pytającym go o jego pierwszy nakręcony po powrocie do cywila film. „G.I.Blues” (w polskim tłumaczeniu „Żołnierski Blues”), bo o nim mowa, nakręcony w zaledwie dwa miesiące po zakończeniu przez Elvisa służby wojskowej jest obecnie obok „Blue Hawaii” jednym z najważniejszych i najpopularniejszych filmów z udziałem słynnego wokalisty.

Ja sam darzę ten obraz olbrzymim sentymentem z uwagi na okoliczności w jakich po raz pierwszy przyszło mi go obejrzeć. Pamiętam, że film emitowała telewizja Wisła (obecnie TVN) w letnim cyklu „Spotkania z Królem Rock’n’Rolla” (był to chyba koniec lat 90-tych. Jeśli się mylę to proszę mnie poprawić). Nie było mnie w domu w czasie emisji ale… udało mi się zarejestrować komedię na kasetę VHS. Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, w towarzystwie moich dziadków zasiadłem przed ekranem telewizora i odtworzyłem nagranie… Po kilkudziesięciu minutach, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe moja babcia stwierdziła krótko: „takie filmy bardzo lubię oglądać. Możesz częściej takie przynosić”.

Co sprawiło, że film został tak dobrze odebrany nie tylko przez członków mojej rodziny ale także przez miliony fanów Elvisa na całym świecie? Dlaczego plakaty promujące go krzyczały: „przyjdźcie zobaczyć NOWEGO Elvisa!”? I w końcu dlaczego „G.I.Blues” jest (a przynajmniej powinien być) tak ważny dla nas – europejskich fanów króla rock’n’rolla? Na te i na wiele innych pytań postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście do którego lektury już teraz serdecznie Was zachęcam…

W studiu nagraniowym

Nagrania ścieżki dźwiękowej do komedii „G.I.Blues” rozpoczęły się popołudniu 27 kwietnia 1960 roku w hollywoodzkim studiu wytwórni RCA mieszczącym się pod adresem 6363 Sunset Boulevard – tj. kilka dni po rozpoczęciu pierwszego etapu (tzw. przedprodukcji) prac nad filmem (ten zaczął się już 21 kwietnia. Przygotowania obejmowały m.in. przymiarki w garderobie oraz trwające od 25-26 kwietnia próby muzyczne).

Zdaniem Ernsta Jorgensena, wybór studia nie był przypadkowy. Producentom z wytwórni Paramount Pictures zależało na zapewnieniu „wszechstronnego” studia oraz udziału w sesji najlepszych instrumentalistów. W książce „Platinum: A Life In Music” można przeczytać, że Paramount zażądał sprowadzenia na nagrania gitarzysty Tiny Timbrella, pianisty Dudley’a Brooksa oraz „znanego jako najlepszego muzyka sesyjnego, basisty Raya Siegela”. Oprócz wyżej wymienionych w sesji udział wzięli także Scotty Moore (gitara), perkusiści D.J.Fontana i Frank Bode („gdy podczas prac nad ‘King Creole’ okazało się, że drugi perkusista był przydatny, zaangażowano także Franka Bode”, pisał Jorgensen) oraz akordeonista Jimmy Haskell. Dodadtkowo muzyków wspierali członkowie kwartetu The Jordanaires (który zapewnił także tło wokalne) – Neal Matthews zagrał na gitarze a Hoyt Hawkins na tamburynie. W książkach sesjonograficznych często jako jednego z gitarzystów wymienia się także samego Presley’a lecz ten zagrał raptem w jednym utworze… Ale o tym za chwilę.

„W fazie przygotowań tych sesji problem stanowił wybór piosenek”, piszą autorzy książki dołączonej do czteropłytowego boxu „Cafe Europa” (MRS). Jednym z powodów był kontrakt, który menedżer Presley’a, Tom Parker zawarł z wydawnictwem Hill & Range. W jego myśl nikt poza wspomnianą firmą nie mógł dostarczać nagrań na sesje z udziałem Elvisa. Jeżeli, któryś kompozytor chciał zrobić to na tzw. ‘własną rękę’ musiał uzyskać specjalne pozwolenie od Hill & Range i… wnieść stosowną opłatę (wydawcy żądali od twórców nawet do… 50% praw do przyniesionych nagrań). Wielu autorów nie przystało na takie warunki i zrezygnowało z dalszego tworzenia dla Elvisa…

Jednymi z pierwszych byli Mike Stoller i Jerry Leiber (autorzy takich hitów jak „Jailhouse Rock”, „Don’t” czy „Hound Dog”). W rezultacie ich dwie propozycje, „Dog’s Face” oraz „Tulsa’s Blues” nie zostały nawet wzięte pod uwagę przez Pułkownika (i wydawców) podczas rozpatrywania propozycji nadesłanych do nowej ścieżki dźwiękowej. Co prawda Leiber i Stoller twierdzili, że żadne z tych nagrań (ba, najstarszy syn Mike’a Stollera powołując się na słowa ojca napisał nawet , że „(Mike, przyp.autor) nigdy nie słyszał też o utworze ‘Tulsa’s Blues’ – aż do dzisiaj. Jeżeli ta piosenka rzeczywiście istniała musiała być przedstawiona przez Hill & Range razem z ‘Dog’s Face’. Ale napisał ją ktoś inny”) nie zostało napisane specjalnie dla Elvisa. Bardzo często mówi się (potwierdzają to także dokumenty), że „Dog’s Face” powstało z myślą o popularnej wówczas grupie The Drifters. „’Dog’s Face’ nie została napisana specjalnie do filmu a jedynie przedstawiona podczas kompletowania nagrań do niego”, twierdził spadkobierca twórczości słynnego kompozytora ,Mike’a Stollera.

Nowa polityka wydawnicza nie była jedynym powodem zakończenia współpracy legendarnego teamu kompozytorskiego z Elvisem. Jerry Leiber w wywiadzie udzielonym Kenowi Sharpowi przytoczył wspomnienia dotyczące zupełnie innego (nigdy nie zrealizowanego przez Presley’a) filmowego projektu. „Pewnego razu Jerry został zaproszony na bardzo elegancki koktajl party do Nowego Jorku podczas którego podszedł do niego agent i producent Charles Feldman i powiedział, bardzo się cieszę, że Cię spotkałem ponieważ zamierzam sfilmować powieść Nelsona Algrena, ‘A Walk On The Wild Side’”, relacjonował Sharp. „Oto co chcę zrobić. Mam już zaangażowane takie osoby: Eli Kazana do produkcji i Buda Schulberga, który napisze scenariusz. Mam też Jamesa Wonga Howe, który zajmie się kinematografią. Chciałbym żebyście Ty i Twój partner skomponowali muzykę a Elvis Presley zagrał główną rolę”, ciągnął swoją opowieść kompozytor. „Jerry zadzwonił do mnie i opowiedział mi o tym”, wspominał Mike Stoller. „To przyprawiało nas o dreszcz emocji. Byliśmy bardzo podekscytowani. Pomyśleliśmy, że musimy natychmiast podzielić się tą fantastyczną wiadomością z Jean i Julian, Pułkownikiem i Elvisem”.

Reakcja menedżera Elvisa okazała się jednak delikatnie mówiąc – szokująca. „Pojechaliśmy do Hill&Range […]. Jean tam była a Julian przyszedł. Pułkownik był gdzieś indziej. Przedstawiliśmy im całą sytuację na co oni odpowiedzieli: ‘musimy porozmawiać z Pułkownikiem. Poczekacie na zewnątrz?’. Więc wyszliśmy na zewnątrz myśląc, że Pułkownik nie będzie mógł się posiadać ze szczęścia”, opowiadał Stoller. „Czekaliśmy kawał czasu aż w końcu zostaliśmy wezwani przez Jeana, który przyjmując wiedeński akcent powiedział: ‘Pułkownik mówi, że jeżeli kiedykolwiek ponownie spróbujecie mieszać się do kariery Elvisa nie dostaniecie pracy w Nowym Jorku, Hollywood, Londynie ani gdziekolwiek indziej na świecie’. Tak było. Zaraz po tym praktycznie przestaliśmy pisać dla Elvisa”.

Warto dodać, że odrzucony przez Toma Parkera obraz „Walk On The Wild Side” został zrealizowany w roku 1962 (film nominowano do Oscara m.in. w kategorii Najlepsza muzyka, Oryginalna piosenka). Główną rolę powierzono w nim Laurencowi Harvey’owi a role żeńskie zagrały m.in. Jane Fonda i Barbara Stanwyck, która dwa lata później wystąpiła u boku Elvisa w filmie „Roustabout”.

Ostatecznie na potrzeby nowego soundtracku wybrano jedenaście „uroczych i miłych dla ucha” piosenek (kilka z nich opartych było na starych niemieckich melodiach), o których Elvis wyraził się (dosyć zaskakująco), że w większości „nie są warte funta kłaków”.

Odmiennego zdania był natomiast Ray Campi, rythm’n’bluesowy wokalista, który poznał Presley’a jeszcze w latach pięćdziesiątych. „Byłem pod wrażeniem piosenek z ‘G.I.Bluesa’”, powiedział w jednym z wywiadów. „Myślałem wówczas, że wszystkie są dobrze napisane i zaaranżowane”.

Określany mianem króla rythm’n’bluesa Campi towarzyszył Elvisowi i jego muzykom zarówno podczas prób jak i podczas całej kwietniowej sesji. Jego wspomnienia są dzisiaj niezwykle cenne. Odsłaniają nie tylko kulisy pracy słynnego piosenkarza w studiu nagraniowym ale także pokazują ile trudu należało sobie zadać by na tą sesję się dostać… „W środę późnym rankiem pojechałem do Paramount ale nie miałem pojęcia w jaki sposób przekroczę bramę”, rozpoczyna swoją opowieść Ray. „James Drury był ‘oblatanym gliniarzem’ ale pracował dzień wcześniej więc nie miałem pomysłu jak się przedostać. Być może w starych filmach bądź w czasopismach filmowych widziałeś słynną bramę Paramount Pictures otoczoną dużą ilością ludzi, którzy próbowali się za nią przedostać. Wymyśliłem więc, że będę jedną z tych osób wciąż mając na uwadze fakt, że policja przy bramie ma jedno ważne zadanie – trzymać od niej jak najdalej takich frajerów jak ja! Nie było mowy by przedostać się tak łatwo. Jedyny nadarzający się moment pojawiał się albo za dziesięć minut dwunasta w południe albo za dziesięć pierwsza. To był czas kiedy pracownicy wychodzili i wracali z lunchu. W tamtym okresie wielu pracowników biurowych, pomocników technicznych, aktorów, statystów i producentów chodziło na lunch do restauracji położonych przy alejach Bronson i Melrose. Ci ludzie nigdy nie byli sprawdzani przez strażników. Wtedy właśnie odegrałem swoje drugie przedstawienie w Paramount. Idąc szybkim krokiem z kopertą w ręku z pewnym wzrokiem utkwionym przed siebie- dostałem się do środka”.

Sesję nagraniową zaplanowano na godzinę 9 rano ale Elvis, ubrany w czarną marynarkę, czerwoną koszulę w pasy, czarne spodnie i niebieskie zamszowe buty z klamrą ze stylowym kapeluszem na głowie, przybył do studia spóźniony (na stronie Elvis News z kolei można przeczytać, że „Elvis przybył do studia w kompletnym kostiumie z filmu”). W oczekiwaniu na niego muzycy rozpoczęli pracę nad instrumentalną wersją przeboju Joela Grey’a z 1957 roku – „Shoppin’ Around” (rok po Grey’u ten sam utwór zarejestrował także Rusty Draper). Jego autorami było trzech wybitnych kompozytorów: Sid Tepper, Roy C.Bennett oraz Aron Schroeder. Na tym by kompozycja ta znalazła się w nowym filmie najbardziej zależało Freddy’emu Bienstockowi z Hill&Range. Jak pisze Ernst Jorgensen, wydawca „entuzjastycznie podkładał ją Halowi Wallisowi”.

„Wszystko co zobaczyłem drugiego dnia było bardzo podobne do tego co widziałem dzień wcześniej”, zapamiętał Ray Campi. „Byli ci sami ludzie co poprzednio, którzy pracowali w ten sam sposób”. Jednak ani obecność ‘sprawdzonego’ zespołu ani dwa dni prób nie pomogły i próba nagrania pierwszej piosenki zakończyła się fiaskiem… Po zagraniu czterech instrumentalnych podejść „Shoppin’ Around” przystąpiono do nagrania jej właściwej wersji – już z wokalem Elvisa. Po jedenastu podejściach „’Shoppin’ Around’, dobra popowa piosenka w stylu lat pięćdziesiątych wyszła niepokojąco płasko”.

Winą za to niepowodzenie Ernst Jorgensen częściowo ‘obarczył’ zupełnie nową aranżację studia. Zdaniem autora sesjonografii „Platinum: A Life In Music” jego wystrój znacznie odbiegał od tego w którym dotychczas zwykł pracować Elvis. „Studio RCA zostało zaaranżowane w zupełnie inny sposób od tych w których dotychczas pracował (Elvis, przyp.autor) co natychmiast wzbudziło u niego niepokój”, pisał. „Nagrywanie ścieżek dźwiękowych na trzy-ścieżkowy magnetofon dawało studiu szansę na bardziej dokładne dopasowanie muzyki do dźwięku w filmie – ale jedynym sposobem na pełne wykorzystanie tego systemu było zapewnienie jego minimalnego przecieku z jednego kanału do drugiego – stąd dziwne, nowe ustawienie mikrofonów. Elvis nie miał innego wyjścia. Wszystko co mógł zrobić to dostosować się do wymogów studia”, wyjaśniał na łamach swojej bestsellerowej książki Jorgensen.

W porównaniu z „Shoppin’ Around” prace nad kolejną kompozycją przebiegły znacznie sprawniej i szybciej. Zadowalającą wersję (tzw. master take) „Didja Ever” Sida Wayne’a i Shermana Edwardsa dopracowano już za drugim podejściem (obie próby były kompletne).

Opowiadając o swojej wizycie na sesji nagraniowej Presley’a Ray Campi przyznał, że oprócz samego Elvisa („rozmawiałem z Elvisem ponownie”, zapamiętał piosenkarz) i przebiegu nagrań interesowało go także to co działo się w całym budynku, w którym mieściło się studio. „Zatrzymałem się tam na chwilę a następnie zdecydowałem się trochę rozejrzeć”, wspominał. „Przeszedłem na kolejną scenę, na której kilku statystów było już ubranych w swoje stroje i robiło testy ekranowe do małych epizodów z filmu. Reżyser Norman Taurog poprosił ich by przechadzali się na planie kawiarni i by powiedzieli kilka słów do nagrywającej ich kamery. Była tam między innymi dziewczyna w niemieckim stroju, która później pojawiła się w filmie w roli kelnerki”.

Elvis w tym czasie przystąpił do nagrania ballady „Doin’ The Best I Can” – jedynego utworu, zdaniem Ernsta Jorgensena, który miał potencjał i świetnie nadawał się na zwykłą, nie-filmową, sesję. Jego autorami był doskonały kompozytorski team, Doc Pomus i Mort Shuman (zaledwie kilka tygodni wcześniej Presley zarejestrował w Nashville „A Mess Of Blues” ich autorstwa). Opisując tą piosenkę w książce „Platinum: A Life In Music” Jorgensen sklasyfikował ją jako „wolny doo-wop, który idealnie pasował do nowej, jedwabistej barwy głosu Elvisa”.

Zarówno podczas rejestrowania tej jak i kolejnej kompozycji „Elvis wydawał się być dosyć spokojny”. Pomiędzy kolejnymi z trzynastu prób (na miano „perfekcyjnie dopracowanej wersji master” zasłużyła ostatnia z nich) „rzucał niemieckie zwroty, takie jak ‘Was’ czy ‘Achtung!’, które zapamiętał z okresu spędzonego w Niemczech”.

Jako ciekawostkę warto dodać też, że rok później, w marcu 1961 roku, wspomniana ballada znalazła się na tzw. set liście charytatywnego koncertu z Pearl Harbor. Na odręcznie spisanej liście utworów (Presley sporządził ją na firmowym papierze hotelu Hilton Hawaiian Village) piosenkarz umieścił ją na jedenastej pozycji – pomiędzy takimi przebojami jak „Don’t Be Cruel” i „One Night”. W ostatniej jednak chwili utwór został z niej wykreślony…

„Pamiętam, że kiedy dostaliśmy scenariusz do filmu, jego roboczy tytuł nie miał nic wspólnego z wojskiem”, wspominał w książce „Cafe Europa” (MRS) współautor następnej nagranej tej nocy piosenki, Sid Tepper. „Tak więc, wraz z Royem Bennettem wymyśliliśmy utwór ‘G.I.Blues’. Byliśmy wstrząśnięci gdy Elvis, Pułkownik Parker i Hall Wallis po przesłuchaniu dema zdecydowali się zrobić z niego piosenkę tytułową”. „Za każdym razem kiedy gotowy film lądował już w puszce nasz wydawca, Freddie Bienstock wzywał kompozytorów do siebie i mówił im jak wypadli. Piosenka tytułowa była dla autorów najważniejszym osiągnięciem. Byliśmy dumni z naszej pracy widząc, że nasze utwory zostały wybrane spośród innych kompozycji nadesłanych przez pozostałych świetnych kompozytorów”, dodał Roy C.Bennett.

Sam proces rejestracji wspomnianego utworu tytułowego okazał się bardzo czasochłonny i złożony (pomimo iż jak pisze w książce „Today, Tomorrow & Forever” Collin Escott, „Elvis być może miał nadzieję, że słyszał wojskowy slang, który Tepper i Bennet tak umiejętnie wpletli do ‘G.I.Blues’, po raz ostatni, ale rzucił się do pracy nad nim z dużym entuzjazmem”). Elvis powtarzał go aż siedem razy zanim uznano, że nagrane podejście jest wystarczająco dobre. Choć zdaniem fanów piosenkarza i badaczy jego sesjonografii za „dobre” można było już uznać pierwsze próby… Piers Beagley i David Tinson opisując reedycję longplaya „G.I.Blues” zrealizowanego przez FTD Label i zamieszczone na nim pierwsze podejście stwierdzili: „to musi być jasno powiedziane. Jego (Elvisa, przyp.autor) głos brzmi tutaj fantastycznie. Jest ciepły, pełny, bogaty, ma ciekawą barwę i wykonuje go bez wysiłku”. Autorzy recenzji zwrócili jednak uwagę na różnice występujące pomiędzy opisywaną przez nich próbą a wersją finałową. „Aranżacja różni się nieznacznie”, zauważyli, „ma bardziej jazzowe gitarowe wstawki i bardziej wygładzoną perkusję”.

Przesłuchując bardzo obszernych materiałów z tej sesji możemy także usłyszeć, że dopracowanie odpowiedniej aranżacji nie było jedynym problemem. Ten pojawił się z ostatnimi taktami piosenki… Dlatego też po ukończeniu siódmej (kompletnej) próby („szczęśliwej siódemki”, jak żartowali muzycy obecni w studiu), by nie powtarzać już kolejny raz całego utworu, Elvis zaproponował tzw. pickup (lub inaczej roboczą część zakończenia). „Panie Wallis, Panie Wallis”, zwrócił się do producenta filmowego. „Tak?”, odpowiedział tamten. „Zakończenie musi być wykonane w ten sposób, dobrze?”. Po uzyskaniu zgody muzycy nagrali jeszcze trzy kolejne próby – tym razem powtarzając jedynie ostatnią zwrotkę. „’G.I.Blues’ był z pewnością najważniejszą piosenką tytułową”, stwierdził Ernst Jorgensen, „ale master musiał zostać złożony z fragmentów różnych podejść” – konkretnie siódmej i dziesiątej próby (ta ostatnia to tzw. work part ending czyli wspomniana robocza część zakończenia).

Ciekawostką, która wiąże się z powstawaniem tego utworu jest stara ballada „When Irish Eyes Are Smiling” (często błędnie opisywana jako tradycyjna irlandzka piosenka folkowa) napisana pod koniec dziewiętnastego wieku przez urodzonego Buffalo w Nowym Jorku Chancellora Olcotta i pochodzącego z Niemiec Georga Graffa Jr. (autora muzyki) a nagrana po raz pierwszy na potrzeby musicalu „The Isle O’Dreams” z 1912 roku (przez samego Olcotta). Na krótko przed rozpoczęciem piątego podejścia Elvis w żartobliwy sposób zaintonował tytułowy wers wspomnianej kompozycji. Trudno dzisiaj stwierdzić z czyjego wykonania znał ten przebój. Najbardziej prawdopodobna wydaje się być jednak wersja Binga Crosby’ego z 1939 roku…

Jak się wkrótce okazało „G.I.Blues” był ostatnią wersją master, którą nagrano pierwszego dnia sesji. Nie oznaczało to jednak, że na tej kompozycji zakończono prace w studiu. Tuż po zarejestrowaniu utworu tytułowego „zespół próbował ‘Tonight Is So Right For Love’, ale utrzymana w średnim tempie rockowa wersja niemieckiej melodii Offenbacha (warto dodać w tym miejscu, że kompozytorzy tego utworu, Abner Silver i Sid Wayne, linię melodyczną oparli na melodii ‘Barcarolle’ nagranej po raz pierwszy w roku 1896 przez Ferriucio Giannini, przyp. autor) nie była dokładnie tym na czym Elvis i członkowie zespołu dorastali. Dlatego porzucili pracę nad nim po siedmiu próbach”, wyjaśnił w „Platinum: A Life In Music” Ernst Jorgensen. „To samo stało się po pięciu próbach ‚What She Really Like’ (autorstwa tych samych kompozytorów co ‘Tonight Is So Right For Love’, przyp.autor) i trzynastu podejściach do ‘Frankfort Special’ (tzw. fast version – szybkiej wersji, przyp.autor)”, relacjonował ostatnie godziny sesji Jorgensen i dodał: „praca była ciężka a postęp powolny. Po jeszcze jednej próbie ponownie spróbowano melodię Offenbacha (cztery próby, przyp.autor), ale wersja którą pozostawiono budziła silne zastrzeżenia zarówno samego Elvisa jak i Paramount”.

Około godziny dwudziestej wieczorem, po blisko jedenastu godzinach nagrań zakończono pierwszy dzień prac nad nową (pierwszą po przejściu Elvisa do cywila) ścieżką dźwiękową.

„Następnego dnia, w czwartek, używając tego samego sposobu szybkiego wchodzenia z firmową aktówką podczas przerwy obiadowej udało mi się ponownie ominąć strażnika”, zapamiętał Ray Campi. „Dotarłem do studia i zająłem swoje ulubione miejsce. Podczas prób było dużo zabawy! Mogłem usłyszeć Elvisa śpiewającego osobiście bliżej niż jakikolwiek fan, który musiał kupić bilet na koncert”.

Zespół w tym samym składzie co poprzedniego dnia pracował nad nowym materiałem od godziny pół do pierwszej popołudniu a jedną z pierwszych kompozycji – zagraną niejako na ‘rozgrzewkę’ był instrumentalny „Whistling Blues”. Tuż po nim zarejestrowano cztery, także instrumentalne, podejścia do ballady „Tonight Is So Right For Love” (tej samej, która zamknęła poprzednią sesję). Pierwszą piosenką, w którą zaangażował się Elvis była dziecięca kołysanka „Big Boots” napisana przez Sida Wayne’a i Shermana Edwardsa. Pierwsze podejścia, które wybrzmiały w studiu w niczym jednak nie przypominały filmowej wersji. Presley i towarzyszący mu instrumentaliści zaaranżowali utwór na szybkiego rock’n’rolla (w opisach płyt tzw. ‘fast version’ czyli ‘szybka wersja’). W tym tempie zagrano aż siedem prób. Dopiero po nich muzycy przystąpili do nagrania właściwej, przewidzianej scenariuszem ‘wolnej wersji’. „Podczas gdy piosenka ‘Big Boots’ uznawana jest za tą, która przysparzała Elvisowi problemów, jej wolna wersja jest olśniewająca, szczególnie w momencie gdy Elvis śpiewa ‘So sleep little soldier, don’ t you cry, do, do do do, do do, general sandman, soon coming by, do, do do do, dooby do’”, pisał w swojej recenzji Piers Beagley ze strony Elvis Information Network. „Intonacja Elvisa jest czysta i jasna i naprawdę czujesz radość z jej słuchania”. Na wersję master wybrano podejście czwarte. Uzyskany materiał nie był jednak na tyle zadawalający by mógł trafić na płytę. Zdaniem Ernsta Jorgensena wokale brzmiały w nim zbyt „płasko i sucho”. Do nagrania „Big Boots” powrócono więc podczas kolejnej sesji, tym razem w znacznie mniejszym studiu Radio Recorders, 6 maja 1960 roku.

Po zakończeniu prac nad dziecięcą „Big Boots” rozpoczęto prawdziwy maraton z popowym „What She Really Like” Sida Wayne’a i Abnera Silvera. Zdaniem Piersa Beagley’a i Davida Tinsona Elvis „podczas wielokrotnych podejść doskonale naśladował Deana Martina”.

Przebieg nagrań obserwowało kilka osób, w tym wielokrotnie cytowany przeze mnie Ray Campi, który wspominając drugi dzień sesji opowiadał: „w trakcie prób Elvisa z kolejnymi piosenkami w kwietniowy czwartek 1960 roku zauważyłem chłopca, około dziesięcioletniego, który zajął miejsce obok mnie – zazwyczaj zajmowane przez Elvisa. Chłopak miał bliską relację z piosenkarzem i dużo z nim rozmawiał. Chłopak i ja także zaczęliśmy rozmawiać. W końcu powiedziałem mu, że pochodzę z Austin w Texasie i w Texasie właśnie poznałem Elvisa. Dodałem także, że gram i śpiewam rockabilly. ‘Powinieneś być w filmie!’ zakrzyknął na to entuzjastycznie chłopak. ‘To nie jest taki zły pomysł’ odparłem”. Po krótkiej chwili ów chłopak wyjaśnił, że jest… synem Normana Tauroga – jednego z najważniejszych wówczas hollywoodzkich reżyserów i… reżysera kręconej właśnie komedii z udziałem Elvisa Presley’a. „Byłem w szoku!”, wyznał Campi po tym jak chłopak złożył mu propozycję spotkania ze swoim słynnym ojcem. „Mr.Taurog nie pojawił się na scenie dźwiękowej w ciągu kilku ostatnich dni ponieważ był taki zajęty próbami z aktorami drugoplanowymi na innej scenie. Dzieciak sprawiał jednak wrażenie jakby odkrył coś ważnego i poprzez znalezienie mnie wyświadcza ojcu przysługę”.

Obaj mężczyźni spotkali się kilka minut później w biurze słynnego reżysera. Ray Campi przez lata wspominał jak wielkie emocje mu wówczas towarzyszyły… „Mój puls przyśpieszył gdy opuściliśmy scenę dźwiękową (sound stage) i chwilę później szliśmy schodami w górę do biura gdzie miałem się spotkać z jednym z najlepszych i najbardziej znanych reżyserów filmów muzycznych na świecie”, opowiadał.

„Mr.Taurog był bardzo miłą i ciepłą osobą”, wspominał w jednym z wywiadów. „Zapytał mnie o moje aktorskie przygotowanie, o to czy mam agenta, zdjęcia i tym podobne rzeczy. Wtedy też zadzwonił do kierownika obsady wytwórni Paramount i umówił mnie na spotkanie następnego dnia rano, tj. w piątek. Miałem się z nim spotkać o dziewiątej rano (wiedziałem wówczas, że moje szanse na udział w filmie maleją. Jeśli reżyser filmu chce Cię w swoim filmie nie prosi o zgodę kierownika obsady tylko informuje go jaką rolę będziesz grać). Podziękowałem Panu Taurogowi i jego synowi i opuściłem studio. Było już późne popołudnie i czekał na mnie teatr. Szybko udałem się do Beverly Hills mając w głowie milion myśli”.

W tym samym czasie Elvis, dziewięcioosobowa grupa muzyków i zapewniający wsparcie wokalne kwartet gospel The Jordanaires zmagali się z piosenką „What She Really Like” nad którą zaczęli już pracować poprzedniej nocy. Tym razem utwór próbowano aż… siedemnaście razy (w dokumentacji kontynuowano numerację z poprzedniego dnia)! Większość podejść było „super gładkich i zaśpiewanych w podobnym stylu”. Na wprowadzenie pewnych zmian w linii melodycznej Elvis zdecydował się dopiero po konsultacji z kierownikiem muzycznym – Charlsem O’Curranem – na krótko przed rozpoczęciem jedenastego podejścia („tak naprawdę to im więcej Elvis śpiewał tym lepiej wyglądał”, wspominał swoje wspólne sesje z Presley’em na łamach książki „Prywatne życie Elvisa” O’Curran. „Rozgrzewał się przed każdą pracą i nie śpiewał wtedy żadnej piosenki, którą zamierzał nagrać. Nigdy też nie oszczędzał swojego głosu i zaczynał każdą nową piosenkę z takim samym wigorem”). Opisując jedną z kolejnych prób Piers Beagley pisał tak: „w trzynastym podejściu Elvis zrezygnował z charakterystycznego dla Deana (Martina, przyp.autor) frazowania przez co (piosenka, przyp.autor) stała się bardziej efektowna”. Utwór ze zmienioną aranżacją powtórzono jeszcze około dziewięciu razy. Podczas ostatecznego odsłuchiwania zarejestrowanego materiału zdecydowano, że na tzw. wersję master złożą się podejście dziewiętnaste i robocza wersja zakończenia – próba numer dwadzieścia dwa. (Warto dodać, że nad tzw. work part ending pracowano już od podejścia dwudziestego kontynuując numerację przypisaną kompozycji „What She Really Like” a nie nadając jej nowej).

„Trudno sobie wyobrazić do jakiej doskonałości dążył Elvis ponieważ większość podejść zaśpiewał pięknie”, stwierdził Piers Beagley w recenzji reedycji LP „G.I.Blues” (FTD) opisując balladę do której nagrania przystąpiono tuż po skończeniu pracy nad „What She Really Like”. „Pocketful Of Rainbows” („Kieszeń pełna tęczy”), bo o niej mowa, była dziełem „jeszcze jednego teamu weteranów” – Freda Wise i Bena Weismana. Zdaniem Ernsta Jorgensena była to „ambitniejsza propozycja” tych kompozytorów, a jej melodia „sprawdziła zakres i poczucie rytmu Elvisa”.

Praca nad nią pochłonęła kolejnych kilkadziesiąt długich minut sesji. „Elvis miewał różne nastroje”, uważał Ben Weisman. „Czasami żartował a czasami był bardzo poważny. Wiele razy robił trzydzieści dwa podejścia po prostu tylko po to by się w to wczuć (w nagranie, przyp.autor) i był przy tym poważny. Ale bywało, że z tego żartował”.

W przypadku „Pocketful Of Rainbows” można było odnieść wrażenie, że piosenkarz dążył do osiągnięcia perfekcyjnego brzmienia. „Podejścia pierwsze i drugie zachwycają lekkością i wolniejszym tempem”, pisał Piers Beagley. „Próba pierwsza w bajeczny sposób kończy się w połowie po tym jak Elvis balansując swoim wokalem w górę i dół skali nie trafia w dźwięk i śmiejąc się zauważa: ‘Do diabła, zatrzymaj to!’”. Chwilę później możemy usłyszeć jak żartuje z Charlsem O’Curranem: „przysłali to po to żeby poprawić mi humor”.

Jak przyznał sam kompozytor Ben Weisman, jego zamiarem było stworzenie czegoś „bardziej wyrafinowanego” od dotychczasowego repertuaru Presley’a i „odciągnięcie Elvisa od przeciętnego typu piosenek i jego własnego stylu”. „On bardzo lubił tą scenę w wagoniku kolejki linowej z Juliet Prowse”, wyjaśniał autor piosenki. „Spróbowałem go więc namówić na jakieś wysokie nuty, falsetowe dźwięki próbując z nim jednocześnie także innych rzeczy. Zgodził się i wydawało się, że to lubi”, dodał.

Po zarejestrowaniu drugiego podejścia, niejako w międzyczasie, muzycy zrobili sobie krótką przerwę i… nagrali kolejną piosenkę! Była nią nowa wersja rock’n’rollowego hymnu – „Blue Suede Shoes” Carla Perkinsa. Na ekranie piosenka wybrzmiewa z szafy grającej uruchomionej przez jednego z żołnierzy podczas występu kreowanego przez Presley’a Tulsy McLeana. Etykieta na urządzeniu wyraźnie sugeruje, że wykonawcą jest… Elvis Presley. Dlatego też przez wiele lat pojawiało się pytanie dlaczego twórcy komedii nie wykorzystali w tej scenie oryginalnego nagrania Elvisa z 1956 roku? Odpowiedź jest z pozoru bardzo prosta – RCA nie posiadała w swoich archiwach jej stereofonicznej wersji. Wszystkie nagrania ze stycznia 1956 roku zostały zarejestrowane w systemie monofonicznym.

Ale to jeszcze nie koniec… Kompletując materiały do tego artykułu udało mi się dotrzeć do innej ciekawostki. Otóż jak podaje Keith Flynn na jednym z for internetowych pierwotnie scenariusz zakładał wykorzystanie innego wielkiego przeboju Presley’a (także z 1956 roku) – „Hound Dog”. I także (z tych samych przyczyn co „Blue Suede Shoes”) zamierzano nagrać go na nowo! Sam Presley natomiast chciał by w filmie znalazł się zupełnie inny utwór. „Elvis chciał zrobić ‘I Got A Woman’, do którego autorem melodii był Ray Charles”, wspominał w jednym z wywiadów Gordon Stoker z The Jordanaires. „Wyjaśniono nam wówczas, że zrobienie tej piosenki kosztować będzie 2,000 Dolarów. Dlatego Elvis musiał od tego odstąpić. Nawet nie byliby w stanie tego zapłacić ponieważ Ray Charles domagał się 2,000 Dolarów płatnych z góry, zanim film został zrobiony”.

„Blue Suede Shoes”, które zarejestrowano po zaledwie jednym podejściu było „kolejną sugestią” Elvisa. Tym razem utwór został zaakceptowany przez twórców filmu ponieważ należał on do wydawnictwa Hill & Range (tego samego, z którym związany był Presley) a rozmowy z kompozytorem na temat użycia jej w filmie przebiegły pozytywnie.

Relacjonując sam przebieg nagrania nowej wersji przeboju Carla Perkinsa Gordon Stoker mówił: „Elvis nagrał ją na nowo dając tym samym RCA nowy stereofoniczny master. Scotty Moore i D.J.Fontana byli obecni przy nagraniu podczas gdy Ray Siegel zastąpił Billa Blacka na akustycznym basie a Elvis zagrał na gitarze rytmicznej. Nagrana na nowo wersja była o siedem sekund dłuższa od oryginału i miała nieco łagodniejsze brzmienie”.

Po nagraniu nowej wersji klasycznego rock’n’rollowego przeboju z lat pięćdziesiątych zespół przystąpił do pracy nad starą niemiecką melodią „Muss I Denn”.

Po nagraniu nowej wersji klasycznego rock’n’rollowego przeboju z lat pięćdziesiątych zespół przystąpił do pracy nad starą niemiecką melodią „Muss I Denn”.
Oryginalny utwór powstał jeszcze na początku dziewiętnastego wieku w rejonach Szwabii (tj. etnicznej i historycznej krainy Niemiec, na którą obecnie składają się wschodnia część Badenii-Wirtembergii oraz zachodnia część Bawarii). Dokładna data powstania tej kompozycji jest dzisiaj niemal niemożliwa do określenia ale z zachowanych dokumentów wiadomo, że drugą i trzecią zwrotkę dopisano około roku 1824. Trzy lata później Friedrich Silcher, kompozytor i kolekcjoner piosenek folkowych opublikował „Muss I Denn” po raz pierwszy. Pierwszego nagrania tej melodii z kolei dokonało dwóch klarnecistów – duet Pusinelli and Hackert. Pierwszą wokalną wersję opisywanej kompozycji przypisuje się natomiast Oskarowi Wagnerowi. Wszystkie źródła do których dotarłem pisząc ten artykuł sugerują, że jego wykonanie miało powstać „gdzieś pomiędzy rokiem 1890 a 1902”.

Blisko sześćdziesiąt lat później, Benjamin Weisman i Fred Wise stworzyli specjalnie na potrzeby komedii „G.I.Blues” nowe, angielskie słowa. „Cóż, w ‘G.I.Blues’ jest taka scena w której Elvis i Juliet Prowse oglądają występ kukiełek. (Producenci, przyp.autor) potrzebowali piosenki, która by do niej pasowała”, wspominał w jednym z wywiadów Ben Weisman. „Więc wymyśliliśmy drewniane serce (‘wooden heart’), ponieważ chodziło o kukiełki. Oparliśmy tekst na ludowej niemieckiej melodii, którą chcieli. I tak, to połączenie świetnie zadziałało. Kiedy byłem w Gstad w Szwajcarii z koncertem poświęconym Elvisowi zagraliśmy tą piosenkę i niemal nie rozniesiono sali koncertowej. (Fani, przyp.autor) po prostu nie pozwalali mi zejść ze sceny. Kochali ten utwór”.

Wise i Weisman nie zastąpili jednak całego niemieckiego tekstu angielskimi słowami. Jak pisze w swojej książce „The Roots Of Elvis” David Neale: „Elvis zawarł w swoim nagraniu ‘Wooden Heart’ kilka wersów z oryginalnej szwabskiej wersji a także kilka fragmentów nowego, niemieckiego tekstu”.

I to właśnie wspomniane wyżej niemieckie zwroty spowodowały kilka zabawnych pomyłek w trakcie nagrywania. W efekcie „Wooden Heart” zarejestrowano zaledwie po czterech krótkich próbach – dwóch kompletnych i dwóch falstartach.

Przez resztę wieczoru Elvis i towarzysząca mu grupa instrumentalistów próbowali nagrać zadawalającą wersję ballady „Pocketful Of Reinbow” Benjamina Weismana i Freda Wise ale jak stwierdził na łamach książki „Platinum: A Life In Music” Ernst Jorgensen „dwadzieścia dziewięć podejść (wszystkie książki sesjonograficzne mówią o dwudziestu ośmiu podejściach – łącznie z dwoma zarejestrowanymi przez ‘Blue Suede Shoes’, przyp.autor) później było widać wyraźnie, że nie sprostali temu wyzwaniu. W rzeczywistości wątpliwe było nawet czy udało się uzyskać zadawalającą wersję”.

Drugi i ostatni dzień kwietniowej sesji nagraniowej w hollywoodzkim studiu RCA zakończył się kilka minut po godzinie 23.00 (niektóre źródła wskazują nawet bardzo dokładny czas – 23.03!). Podsumowując trwające od środy 27 kwietnia do czwartku 28 kwietnia nagrania Jorgensen napisał: „Pod koniec dnia (28 kwietnia, przyp.autor), na pierwszy rzut oka, Paramount otrzymał to co miał w założeniach – ‘dopuszczalne’ wersje wszystkich niezbędnych utworów. Ale nikt nie był zadowolony z całej sprawy. Jakby tego było mało pojawiły się nieoczekiwane problemy z prawami autorskimi do ‘Tonight Is So Right For Love’”…

W studiu nagraniowym (wizyta druga)
Wspomniany utwór Sid Wayne i Abner Silver oparli na starej niemieckiej melodii „Baracole”, która w krajach europejskich (w odróżnieniu od USA) wciąż objęta była prawami autorskimi. W związku z tym piosenka nie mogła trafić zarówno na europejskie wydania płyt ze ścieżką dźwiękową ani… nawet do sceny z filmu, w którym miała początkowo się znaleźć. Spółka Hill & Range odpowiedzialna za dobór materiału na sesje Presley’a oraz twórcy nowej komedii stanęli przed nie lada wyzwaniem. W bardzo krótkim czasie musieli znaleźć nową kompozycję, która zastąpiłaby „Tonight Is So Right For Love” w europejskich kinach.

„Z pomocą dyrektora muzycznego Halla Wallisa, Joego Lilly, kompozytorzy Wayne i Silver dokonali szybkiej zamiany melodii na ‘Geshicten auf dem Wienerwald’ Straussa, która była w oczywisty sposób pozbawiona praw autorskich”, relacjonował na kartach bestsellerowej książki „Platinum: A Life In Music” Ernst Jorgensen. „Dokonując niewielkich zmian w tekście oraz nadając nieco inny tytuł: ‘Tonight’s All Right For Love’, wywiązali się z zadania (roboczy tytuł tej piosenki brzmiał ‘Vienna Woods Rock’n’Roll’)”. Piosenkę nagrano podczas sesji zorganizowanej 6 maja 1960 roku, dwa dni po rozpoczęciu prac na planie filmowym „G.I.Bluesa” – tym razem w hollywoodzkim studiu Radio Recorders („w Radio Recorders, z inżynierem Thornem Nogarem u boku, Elvis czuł się bardziej komfortowo i bardziej pewnie”, pisał Jorgensen) .

Nagrania rozpoczęły się kilka minut po godzinie 13.00. Oprócz wymienionego wyżej Thorna Nogara nadzór nad ich przebiegiem sprawowali producenci z ramienia wytwórni Paramount Pictures, Joseph Lilley i Hal B. Wallis. Wśród zaproszonych do udziału w sesji instrumentalistów ponownie znaleźli się gitarzyści Scotty Moore i Tiny Timbrell, basista Ray Siegel, perkusiści D.J.Fontana i Bernie Mattinson, klawiszowiec Dudley Brooks oraz akordeonista Jimmy Haskell wspomagani dodatkowo przez Neala Matthewsa (gitara) i Hoyta Hawkinsa (tamburyn) z zapewniającej tło wokalne grupy The Jordanaires.

W ciągu dziewięciu godzin nie zarejestrowano ani jednej nowej piosenki z wyjątkiem „Tonight’s All Right For Love”. Pozostały nagrany materiał stanowiły tylko te utwory, które wymagały dopracowania po kwietniowej sesji. Relacjonując pierwsze chwile majowych prac w Radio Recorders, Ernst Jorgensen pisał tak: „najpierw zaczęli z przyśpieszoną wersją kołysanki ‘Big Boots’ a następnie przeszli do potencjalnego hitu, ‘Shoppin’ Around’. W obu melodiach, w stosunku do tego co otrzymali w ciągu kilku pierwszych dni, wniesiono bardzo istotne poprawki. Dodając trochę echa, Nogar stworzył idealnie właściwą mieszankę elementów, które sprawiły, że piosenki zabrzmiały jak z płyty Elvisa Presley’a. Nagle wokale, które brzmiały płasko i sucho w studiu RCA ożyły”.

Praca w studiu wydawała się iść prościej niż w kwietniu a i uzyskiwane efekty były o całe niebo lepsze (niestety do czasu…). Najlepszym tego przykładem była nagrana tuż po „Shoppin’ Around” ballada „Pocketful Of Rainbow”, którą tym razem zarejestrowano już zaledwie po dwóch próbach (podczas gdy jeszcze dwa tygodnie wcześniej wymagała aż dwudziestu dziewięciu podejść!).

Pierwsze konflikty pomiędzy wokalistą a producentami sesji pojawiły się na krótko po nagraniu nowej, „sprowadzonej do ludzkiego tempa”, wersji „Frankfort Special” (jej nowy aranż, Scotty Moore i D.J.Fontana oparli luźno na jednym z pierwszych wielkich przebojów Presley’a – „Mystery Train”). Jak opisuje w swojej książce Ernst Jorgensen, „po dziesiątym podejściu mieli jeszcze jeden master a Elvis był gotów by stawić czoła dwóm ostatnim piosenkom”. Problemem okazał się jednak… zapis w umowie zawartej z wytwórnią filmową. W jego myśl, po pierwszych sześciu przepracowanych godzinach muzykom należała się… siedemdziesięcio-pięcio minutowa przerwa. „Elvis śpieszył się, chciał skończyć i wrócić do domu ale nie miał wyboru. Musiał zrobić sobie przerwę jak pozostali”, czytamy w „Platinum: A Life In Music”. Po jej zakończeniu wrócił do pracy z dużo mniejszym zapałem i jak pisze Jorgensen, „zaczął przejawiać oznaki zmęczenia”.

Zdaniem piosenkarza, tak długa przerwa nikomu nie była potrzebna – „byłem w dobrej formie. To był prawie czas na dziesięciominutową przerwę”, uważał. Osoby biorące udział w majowych nagraniach zapamiętały nawet, że chcąc wyładować swoje niezadowolenie z „wymuszonego” odpoczynku, Elvis specjalnie zepsuł kilka pierwszych prób „Tonight’s All Right For Love”. Ostatecznie jednak, „machnął ręką” i utwór zarejestrowano za „bardzo dobrym” dziewiętnastym (w rzeczywistości utwór powstał z połączenia siedemnastego podejścia do samej piosenki i drugiej próby jej roboczej części zakończenia) podejściem.

„Widzisz, ta cała moja praca z Elvisem, wiesz… jego grupa nie czytała jakiejkolwiek muzyki. Wszystkie numery, które zrobiliśmy zostały przygotowane przeze mnie ale musiałem im powiedzieć co jest co”, wspominał w jednym z wywiadów pianista Dudley Brooks. „Musiałem to z nimi omówić. To był mój główny obowiązek podczas współpracy z Elvisem – nauczyć się wszystkich piosenek i przygotować je do nagrania”. Prawdopodobnie to właśnie wspomniany muzyk był także odpowiedzialny za kolejny aranż kołysanki „Big Boots” – która została utworem finałowym majowej sesji. Nagrana po dziesięciu podejściach (sześciu próbach piosenki i czterech roboczej części zakończenia), kompozycja Sida Wayne i Shermana Edwardsa, tym razem (po wszystkich wcześniejszych muzycznych eksperymentach) naprawdę przypominała kołysankę o której na jednej ze stron internetowych napisano: „delikatnie zaśpiewana tym majestatycznie ujmującym głosem”.

Kilka źródeł, do których dotarłem przygotowując to opracowanie, w tym strona niezwykle cenionego przeze mnie Keitha Flynna, sugerują, że na zakończenie sesji obecni w studiu muzycy zarejestrowali (po czterech próbach) jeszcze krótką, instrumentalną wersję utworu „Tonight’s All Right For Love”, która kilka tygodni później trafiła do jednej ze scen filmu.

Oficjalnie, prace nad ścieżką dźwiękową do komedii „G.I.Blues” zostały ukończone około godziny 22.00 wieczorem.

Na planie filmowym
Prace nad filmem o roboczym tytule „Cafe Europa” (posługiwano się także tytułem „Christmas in Berlin” – „Święta w Berlinie”) ruszyły (i tu pewnie ciekawostka dla kilku osób) jeszcze w chwili gdy Elvis Presley odbywał służbę wojskową w Niemczech! Jak czytamy w biografii „ELVIS” Leszka C.Strzeszewskiego, „w sierpniu 1959 roku Elvisa odwiedził Hal Wallis”, który „specjalnie przyjechał do Niemiec Zachodnich, aby zapoznać się z oryginalną scenerią miejsca służby Presley’a”. Do spotkania doszło w wynajmowanym przez wokalistę domu przy Goethestrasse 14 w Bad Nauheim.

„Pójście do wojska znacznie zmieniło Elvisa”, wspominał na łamach książki „Prywatne życie Elvisa” legendarny hollywoodzki producent. „Zdobył tam doświadczenia które były dla niego i dobre i złe. Była straszna rozpacz po śmierci matki, była ciężka szkoła jego charakteru, kiedy to musiał nauczyć się żyć jak szeregowiec Elvis Presley. Ale Elvis był jak nowo narodzony kiedy przyjechałem go odwiedzić w Niemczech i zacząć kręcić ‘G.I.Blues’ o jego codziennych obowiązkach w wojsku! Przeszedł przez to z wypiekami na twarzy. Został rekrutem jako chłopak a wyszedł do cywila jako mężczyzna”.

Pierwsze zdjęcia zostały nakręcone dokładnie 17 sierpnia 1959 roku w pobliżu bazy wojskowej Ray Barracks we Friedbergu, w której stacjonował Presley. Sam piosenkarz, który od początku służby w amerykańskiej armii powtarzał, że nie chce specjalnego traktowania, nie wziął udziału w pracach na planie filmowym (w serwisie internetowym Elvis News czytamy wręcz, że zostało mu to zabronione). Wszystkie sceny z jego udziałem (wszystkie dalsze ujęcia kamery z tyłu, z boku etc) zagrał Tom W.Creel – odbywający służbę wojskową w tym samym czasie co Elvis szeregowiec z Trzeciej Zmotoryzowanej Dywizji Armii USA. „Kiedy Hal Wallis przyjechał do Bad Nauheim, aby kręcić ‘G.I.Blues’, zaczął od razu szukać żołnierza, który byłby podobny do Elvisa”, wspominał Creel w książce „Prywatne życie Elvisa” Petera Haininga. „Około pięćdziesięciu chłopaków zostało sprowadzonych z różnych okolicznych jednostek i po kilku próbach okazało się, że ja jestem tym szczęśliwcem, którego wybrali. Wyobraźcie sobie, że niektórzy ludzie mówili mi, że w ogóle nie wyglądam jak Elvis, ale z jakiejś odległości nie można było określić różnicy”.

Oprócz Tom W.Creel’a do udziału w zdjęciach próbnych zaangażowano także stu innych żołnierzy, kolegów Elvisa z Trzeciej Zmotoryzowanej Dywizji. Pełnili oni role statystów w różnych scenach a za każdy dzień zdjęciowy otrzymywali dziesięć dolarów (według słów Petera Haininga, Hal Wallis chciał „aby mieli okazję zarobić dodatkowe pieniądze”). „Musiałem maszerować, czołgać się na brzuchu, skakać do czołgów i z nich wyskakiwać i ogólnie rzecz biorąc musiałem robić te rzeczy do których i tak byłem przyzwyczajony (oczywiście podobnie jak Elvis)”, opowiadał dubler Presley’a, Tom Creel.

Ekipa filmowa Paramount Pictures pracowała w Niemczech przez „kilka tygodni” odwiedzając takie miejsca jak Frankfurt, Wiesbaden, Friedberg oraz liczące nieco ponad dwadzieścia cztery tysiące mieszkańców miasteczko Idstein nad Renem.

Elvis nie tylko nie brał udziału w zdjęciach ale także bardzo rzadko zaglądał na sam plan filmowy. „Nie widzieliśmy Elvisa podczas kręcenia filmu”, wspominał Creel. „Chociaż wydaje mi się, że przyszedł, aby zobaczyć z dala jedną scenę batalistyczną”.

Znacznie częściej od Presley’a na miejsce kręcenia komedii przychodzili jego europejscy fani. Zdarzało się, że przyglądając się z daleka pracy aktorów brali zastępującego Elvisa Toma Creel’a za… Elvisa! „Granie tak wielkiej gwiazdy jak Elvis było dziwnym i ekscytującym uczuciem. Czasami ludzie patrzyli się na mnie tak jakby myśleli, że ja nim jestem naprawdę!”, opowiadał dubler wokalisty w książce „Prywatne życie Elvisa”. „Nawet kilka razy poproszono mnie o autograf i było rzeczywiście trudno oprzeć się pokusie i napisać ‘Elvis Presley’, podczas gdy wszyscy inni wokół mnie bardzo się bawili tymi pomyłkami”.

Niespełna rok później, w kwietniu 1960 roku prace nad filmem przeniosły się do Hollywood. 20 kwietnia Elvis przyjechał do Los Angeles pociągiem. W podróży towarzyszył mu m.in. Charlie Hodge. „Droga pociągiem do Kalifornii była dla mnie niesamowita”, wspominał w jednym z wywiadów przyjaciel Presley’a. „Na każdym małym postoju były tłumy ludzi. Wzdłuż całych Stanów Zjednoczonych Ameryki machali gdy tylko pociąg się pojawił ponieważ wiedzieli, że Elvis w nim był”.

Wielogodzinna podróż była także doskonałą okazją dla dziennikarzy do zadania kilku pytań sierżantowi Presley’owi. Przedstawiciele mediów chcieli wiedzieć m.in. co piosenkarz sądzi o zmianach jakie zaszły w muzyce rozrywkowej podczas jego służby w wojsku… „czy Rock’n’Roll umarł?” – pytano. „Wielu ludzi mówi, że tak. Ja powiem Ci, że trochę się zmienił. Muzyka się zmieniła. Sporo posunęła się do przodu, tak myślę”, stwierdził Elvis. „Jest lepsza?”-dopytywano. „Myślę, że poprawia się przez cały czas. Wiesz, aranżacje są dużo lepsze, dodają do nich więcej instrumentów i tak dalej. Jest coraz lepiej. Ale kiedy rozpoczynałem w 1956 roku też słyszałem, że rock’n’roll umarł, że umrze. Nie mówię, że nie umrze nigdy bo może umrzeć nawet jutro – całkowicie. Nie wiem”, odpowiedział Presley.

Po przyjeździe na miejsce ze względów bezpieczeństwa (w obawie przed oczekującymi na piosenkarza tłumami) Elvisa wysadzono na położonej kilka metrów za stacją kolejową bocznicą przy której czekała już podstawiona taksówka (jedna z kilku ponieważ jak zapamiętał Charlie Hodge „kiedy dotarliśmy do Los Angeles umieszczono nas w pięciu lub sześciu różnych samochodach a każdy z nich pojechał w innym kierunku. Nie wiem w którym z nich był Elvis, więc także oni nie wiedzieli za którym podążać. Wtedy my pojechaliśmy do hotelu, który mieścił się w Beverly Hills”). Stamtąd wraz ze swoim menedżerem, Pułkownikiem Tomem Parkerem, i kilkoma przyjaciółmi piosenkarz udał się do hotelu Beverly Wilshire.

Następnego dnia rozpoczął się etap reprodukcji.

„G.I.Blues” był rozśpiewaną komedią opowiadającą o perypetiach trójki żołnierzy, Tulsy McLeana (w tej roli Elvis), Cookiego i Ricka, którzy grają razem w zespole The Three Blazes. Ich marzeniem jest otwarcie własnego klubu nocnego. Niespodziewanie ich oddział zostaje oddelegowany do Frankfurtu (dlatego też media dopatrywały się analogii do niedawno zakończonej służby wojskowej Presley’a). Na krótko przed odjazdem Tulsa zakłada się ze swoim przyjacielem o… trzysta dolarów, że uda mu się zostać na noc u pięknej ale i jednocześnie bardzo nieprzystępnej Lili – tancerki z niemieckiego klubu Cafe Europa. Po przyjeździe do Europy okazuje się, że gwiazda Cafe Europy wcale nie jest taką jaką przedstawiali ją inni żołnierze. Wkrótce pomiędzy Tulsą a Lilli rodzi się prawdziwe uczucie…

Autorami scenariusza byli Edmund Beloin i Henry Garson. Film wyprodukował Hal B.Wallis a wyreżyserował Norman Taurog (choć nie jest tajemnicą, że początkowo Wallis chciał by reżyserią zajął się Michael Curtiz). „G.I.Blues” był pierwszym z dziewięciu filmów z udziałem Presley’a przy którym pracował ten znakomity hollywoodzki reżyser. „Praca z Elvisem była jednym z najbardziej interesujących okresów w mojej karierze”, wspominał na łamach książki „Prywatne życie Elvisa”. „Był on bowiem największym talentem jaki kiedykolwiek spotkałem. Cieszę się z tego, że zostałem wyróżniony poprzez bycie tak blisko Elvisa jak żaden inny reżyser. Byliśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi”.

Obok Presley’a na ekranie pojawiło się kilka „gorących” nazwisk. Juliet Prowse została wybrana do głównej roli kobiecej spośród takich gwiazd jak Dolores Hart, Joan Blackman czy Ursula Andress. „Kiedy po raz pierwszy usłyszałam iż będę kręcić film razem z Elvisem pomyślałam sobie, ‘O Boże! Ten głośny rock’n’roll i te okropne bokobrody!’”, wspominała kreująca postać Lilli, Prowse w jednym z wywiadów. „Ale kiedy zobaczyłam go na planie filmu ‘G.I.Blues’ odkryłam, że jest zupełnie inny”. Zdaniem aktorki Elvis „był przykładem chłopaka, który został wewnętrznie rozdarty przez ludzi niewiedzących jaki on jest naprawdę”. W książce Petera Haininga, „Prywatne życie Elvisa” tłumaczyła: „Tylko dlatego, że kiedy występował na scenie niektórzy myśleli, że jest wulgarny, lub co gorsze – że jest ekshibicjonistą. W rzeczywistości nie był ani wulgarny, ani nie popisywał się. Po prostu był człowiekiem znajdującym się pod wielkim naciskiem innych ludzi i uwięzionym przez swoją własną sławę. Pod tą powierzchnią był bardzo uczuciowy i szczery”.

Urodzona 25 września 1936 roku w Bombaju, w Indiach, Juliet Prowse była w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych bardzo popularną aktorką, tancerką i wokalistką, która doskonale znała machinę ówczesnego showbiznesu. „Podobnie jak Elvis, Juliet przyciągała dużą uwagę środków masowego przekazu”, pisał o niej autor „Prywatnego życia Elvisa”, Peter Heining. „Doskonale wiedziała jak ktoś o jej pozycji może być stale prześladowany przez czasopisma brukowe, których jest bardzo dużo w Ameryce, wymyślające różne skandale na jej temat”. Sama także zwracała uwagę na ten problem w jednym z wywiadów mówiąc: „problemem dodatkowym było to (w odniesieniu do Presley’a, przyp.autor),że Hollywood jest zwariowany na punkcie popularności. Cokolwiek się tam robi, to zawsze jest wyolbrzymiane”.

W chwili prac nad komedią „G.I.Blues” Juliet Prowse była dziewczyną Franka Sinatry, którego poznała w 1959 roku na planie filmu „Can Can”.

„Był wtedy kawalerem i nie miał żadnych zobowiązań, więc mógł sobie chodzić z każdą dziewczyną, która mu się spodobała. Czasami nawet więcej niż jedną. Nie miałam nic przeciwko temu”, wspominała swoją relację z Sinatrą Prowse.

W mediach, spragnionych sensacyjnych informacji, bardzo szybko zaczęto spekulować na temat rzekomego romansu łączącego króla rock’n’rolla i życiową partnerkę Sinatry. W prasie brukowej pojawiły się nagłówki w stylu „Elvis kradnie dziewczynę Sinatry”. Także Juliet Prowse nie zaprzeczała krążącym pogłoskom twierdząc, że „niemniej jednak Elvis i ja zainteresowaliśmy się sobą kiedy zaczęliśmy razem pracować”.

Cała ta sytuacja i fakt, że Elvis i Juliet Prowse spędzali ze sobą wiele czasu pomiędzy kolejnymi zdjęciami stały się… tematem do żartów członków ekipy filmowej. Sonny West, przyjaciel i ochroniarz Presley’a w jednym z wywiadów przytoczył taką historię: „pewnego dnia zażartowaliśmy sobie z Elvisa. Wraz z Juliet byli w jednej z tych przyczep, garderobie na kółkach. Rozkładano je w pobliżu sound stage żebyś nie musiał wracać do swojej garderoby […]. Wszystko co się w niej znajdowało to kanapa, stolik przy którym robiono make-up oraz duże lustro”. Kontynuując swoją opowieść przyjaciel piosenkarza mówił: „Tak więc, Elvis i Juliet siedzieli wewnątrz a my wszyscy staliśmy na zewnątrz. Zapukaliśmy do drzwi mówiąc: ‘hej Elvis, Frank tu idzie!’. Elvis otworzył drzwi i oczywiście Franka nie było. Śmialiśmy się z tego bardzo. Elvis także, ale powiedział: ‘nie róbcie tak więcej. To nie jest śmieszne’. Jakiś czas później, myślę że Red, zrobił to ponownie. Wtedy Elvis rzucił: ‘mówię wam chłopaki, zabiję każdego następnego gościa, który tak zrobi”.

Wygłupy współpracowników na tyle uśpiły czujność Elvisa, że gdy pewnego popołudnia Frank Sinatra naprawdę pojawił się na planie filmowym by odwiedzić swoją dziewczynę piosenkarz nie zareagował na ostrzeżenia… „to była pora lunchu. Duża scena dźwiękowa (sound stage) była otwarta. Frank przyszedł pieszo”, opowiadał Sonny West. „Miał na sobie kapelusz i garnitur a jego sylwetka w blasku świateł sprawiała, że wiedziałeś kim jest ten facet! Zapukaliśmy do drzwi mówiąc: ‘Elvis! Frank tu jest! Frank przyszedł!’ na co on odpowiedział: ‘odejdźcie od tych drzwi!’. ‘Nie, Elvis my nie żartujemy’, mówiliśmy. Nie mogliśmy dopuścić do tego by Frank nas usłyszał. Rozmawialiśmy tak, że tylko Elvis nas słyszał. ‘Odejdźcie od tych pieprzonych drzwi’, denerwował się Elvis. Więc wycofaliśmy się. Nie mogliśmy powiedzieć już nic więcej ponieważ Frank był zbyt blisko i wiedzieliśmy, że może nas usłyszeć. Wtedy właśnie podszedł do nas i zaczęliśmy rozmawiać. Przedstawił się i zapytał: ‘chłopcy nie wiecie gdzie jest Juliet?’. ‘Więc, ona jest właśnie tam, z Elvisem powtarzają swoje kwestie’, odpowiedzieliśmy głośno. ‘Ok. Ok.’, odparł Frank”. Cała historia zakończyła się happy endem… Presley słysząc rozmowę przed wejściem do swojej garderoby wyszedł na spotkanie z Sinatrą i nie doszło do żadnego skandalu (w książce dołączonej do czteropłytowego boxu „Cafe Europa” można znaleźć nawet wzmiankę o tym, że Frank Sinatra zastał swoją partnerkę siedzącą na kanapie ze scenariuszem w ręce).

Oprócz Juliet Prowse Presleyowi w filmie partnerowały także inne piękności. Leticia Roman, urodzona we Włoszech w 1941 roku wcieliła się w postać Tiny – kelnerki z klubu ‘Cafe Europa’ i współlokatorki głównej bohaterki. Rola w ‘G.I.Blues’ była jej debiutem na dużym ekranie. Dzisiaj niewiele już osób pamięta, że także i tej, dziewiętnastoletniej wówczas, aktorce przypisywano romans z królem rock’n’rolla. W czerwcu 1960 roku, jedna z gazet przytoczyła jej wypowiedź z której wynikało, że to… Elvis był zainteresowany związkiem z atrakcyjną Włoszką. „Ciągle mnie prosi żebym się z nim umówiła ale ja mu odmawiam”, twierdziła Roman. „Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Wydaje mi się to niczym więcej tylko randką dla potrzeb reklamowych. Poza tym nie sądzę by moi rodzice się na to zgodzili”.

Postać Marli, dziewczyny jednego z członków zespołu Tulsy McLeana, zagrała natomiast Sigrid Maier.

Główne role męskie przypadły w udziale dwóm amerykańskim aktorom. Pierwszym z nich był Robert Ivers, który wcielił się w postać sympatycznego Cookiego. „G.I.Blues” był jego dziewiątym filmem. Jako ciekawostkę warto nadmienić, że w roku 2003 (tj.na kilka miesięcy po śmierci aktora – zmarł w lutym 2003 roku) fani Presley’a przyznali mu nagrodę za „Najlepszy Filmowy Męski Duet” stworzony z Elvisem. Wyróżnienie zostało przyznane podczas corocznego Tygodnia Elvisa w Memphis, TN.

James Douglas (aktor, którego czasami ze względu na zbieżność imienia i nazwiska myli się z popularnym bokserem) z kolei zagrał Ricky’ego, filmowego męża Leitici Roman. Rola u boku Elvisa była jego debiutem na dużym ekranie. Po występie w „G.I.Blues” na dużym ekranie pojawił się już tylko raz, w 1962 roku, w filmie „Sweet Bird Of Youth”. Kolejne lata jego kariery wypełniły występy w telewizyjnych operach mydlanych, z których największą popularnością cieszyła się „As The World Turns”.

Wspominając aktorów, którzy wystąpili u boku Elvisa Presley’a w komedii „G.I.Blues” nie sposób pominąć także Archa Johnsona (a właściwie Archibalda Johnsona) czyli niezwykle charyzmatycznego i nieco naiwnego Sierżanta McGrawa. Początki jego kariery filmowej przypadają na pierwszą połowę lat pięćdziesiątych. W roku 1953 roku zadebiutował na dużym ekranie jako kierowca taksówki w thrillerze „Niagara” z udziałem Marilyn Monroe i Josepha Cottena. Zanim jednak Johnoson rozpoczął swoją przygodę z filmem występował na Broadwayu.

Następnego dnia po rozpoczęciu etapu preprodukcji, tj. 22 kwietnia 1960 roku, Elvis spędził wieczór w klubie Crossbow. Jak chcą niektóre źródła występował w nim wówczas „utalentowany wokalista bluesowy z Luizjany”, Lance LeGault. To właśnie wówczas miało dojść do jego pierwszego spotkania z Presley’em. Spotkania, które zapoczątkowało wieloletnią współpracę w charakterze choreografa i dublera słynnego wokalisty. Co ciekawe jednak, tezy o pierwszej wizycie na koncercie LeGaulta, powtarzanej m.in. w książce „Cafe Europa” (MRS) i dziesiątkach artykułów na temat „G.I.Blues”, nie potwierdził… sam Lance LeGault! W jednym z udzielonych wywiadów stwierdził on wyraźnie, że (Elvis, przyp.autor) „przyszedł do mnie kiedy robił ‘Wild In The Country’ i przyprowadził ze sobą Tuesday Weld”…

Trzy dni później, 25 kwietnia, w godzinach porannych w hali Sound Stage należącej do wytwórni Paramount Pictures rozpoczęły się dwudniowe próby dźwiękowe oraz przymiarki kostiumów. Podobnie jak w opisywanej wcześniej sesji nagraniowej, brał w nich udział muzyk Ray Campi. Jego wspomnienia po raz kolejny okazały się więc bezcenne podczas tworzenia tego artykułu. „Gdy wszedłem do sound stage około dziesiątej rano zobaczyłem wielu ludzi wykonujących wiele różnych czynności”, opowiadał Campi. „Muzycy tacy jak Scotty Moore ustawiali swoje instrumenty i wzmacniacze. Pozostali zebrali się wokół D.J.Fontany, który rozkładał nogi od swojego zestawu perkusyjnego. Charlie O’Curran wyciągnął stos kartek z piosenkami i rozkładał je na fortepianie. Został zatrudniony przez spółkę filmową by poprowadzić muzyczne próby z piosenkami, które już w niedługim czasie miały zostać nagrane w Hollywood dla RCA. Nauczenie się tych piosenek było pierwszą rzeczą, która musiała być zrobiona ponieważ słowa musiały znaleźć się na taśmie w chwili gdy rozpocznie się filmowanie – tak by Elvis mógł śpiewać do nich z playbacku”.

Jednymi z pierwszych osób, z którymi Campi zdołał porozmawiać byli członkowie kwartetu The Jordanaires. Kilka minut później muzyk ponownie rozmawiał z Presley’em.

„Chwilę później do mojego konta przyszedł mężczyzna z akustycznym basem w dłoniach”, snuł swoje wspomnienia Ray Campi. „Już po pierwszym spojrzeniu wiedziałem, że to nie był Bill Black a regularny muzyk studyjny[…]. Rozmawiałem z nim przez chwilę. Był, podobnie jak ja, typem outsidera. Szybko jednak zostaliśmy dostrzeżeni przez młodego mężczyznę ubranego w czarne spodnie, buty w dwóch odcieniach oraz kolorową koszulę, siedzącego niespełna dwa metry ode mnie. Był zaintrygowany ponieważ w związku z tym wszystkim co się działo w pokoju ja miałem z tym niewiele wspólnego. To właśnie wtedy przedstawiłem się Elvisowi Presley’owi po raz drugi w życiu”. Obaj wokaliści rozmawiali ze sobą przez kilka minut wspominając m.in. swoje pierwsze spotkanie. Ich pogawędkę przerwał Charlie O’Curran, który „podszedł zza swojego fortepianu znajdującego się po drugiej stronie sound stage by pokazać Elvisowi kopie utworów, które będą próbowane tego dnia. Podniósł jedną z nich: ‘zaczniemy od tej’ a następnie wrócił do swojego fortepianu. Chwilę później rozległo się kilka pierwszych akordów”.

Campi, jak sam twierdzi, pozostał na próbie aż do godziny 17:00 popołudniu kiedy to musiał się udać do Beverly Hills, do Fine Arts Theatre, w którym pracował. W swojej wypowiedzi zwrócił uwagę na bardzo ważną (szczególnie dla kolekcjonerów płyt Elvisa) kwestię. Poddał mianowicie pod wątpliwość istnienie jakichkolwiek taśm dokumentujących opisywane powyżej przygotowania. „Nie jestem pewien, czy te próby zostały nagrane na taśmie”, mówił. „Ale myślę, że byli tam inżynierowie dźwięku, którzy pozostawali w kabinie przez cały czas a mikrofony zostały umieszczone wokół sceny w różnych miejscach. Ale czy nagrania zostały wykonane na pewno, tego nie pamiętam. Nie sądzę by ktoś wołał numery ‘podejść’, ale też nie sądzę by taśma została wyłączona z jakiegokolwiek powodu. Przypuszczam, że taśma była włączona by w późniejszym czasie posłużyć jako odniesienie”.

Pierwszy klaps na planie komedii „G.I.Blues” padł 2 maja 1960 roku. Nieco ponad tydzień później, wieczorem 12 maja, na urządzonym w hotelu Beverly Hills pokazie sztuk walki Karate-Kempo Elvis poznał Eda Parkera – swojego późniejszego instruktora. „Elvis po raz pierwszy spotkał Eda Parkera w 1960 roku podczas jego pokazu w Beverly Wilshire Hotel w Beverly Hills (zarówno ja jak i mój brat Jim byliśmy wtedy członkami jego grupy demonstracyjnej i obaj posiadaliśmy wówczas brązowe pasy)”, wspominał na swojej stronie internetowej Al Tracy. „Ja rozbijałem wówczas deski pięściami – Ed łamał je stopami. Pamiętam jak pokorny i skromny był Elvis. Podszedł do Eda Parkera i przedstawił się jako Elvis Presley. Jakby cały świat nie wiedział kim Elvis był. To był początek jego przyjaźni z Edem Parkerem, która trwała aż do jego śmierci 16 sierpnia 1977 roku”.

Prace na planie filmowym trwały niespełna osiem tygodni i obfitowały w różne wydarzenia i spotkania, które przez lata skrupulatnie spisali kronikarze i biografowie Elvisa Presley’a. Obok spotkań z gwiazdami estrady, takimi jak Sammy Davis Jr., którego występ Presley zobaczył 28 maja w Las Vegas na planie zdjęciowym pojawiły się także… koronowane głowy!

4 czerwca 1960 roku, posiadającego nieformalny tytuł króla rock’n’rolla Elvisa, na specjalne zaproszenie ‘Pułkownika’ Parkera, odwiedziły trzy prawdziwe księżniczki (pojawiły się na planie w dniu w którym kręcono scenę z utworem „Tonight Is So Right For Love”). „Wśród królewskiej wersji dziewczęcego chichotu, Skandynawskie księżniczki, Margrethe z Dani, Astrid z Norwegii oraz Margaretha ze Szewcji spotkały idola nastolatek, Elvisa Presley’a”, relacjonował na swoich łamach New York Times w artykule „A Rock’n’Roll Cat Can Look At Princess” z 7 czerwca 1960 roku. „Podczas czterodniowego tournee po Zachodnim Wybrzeżu odwiedziły plan filmowy ‘G.I.Blues’ Presley’a. Gdy usłyszano o ich przyjeździe Elvisowi wręczono zasady protokołu. ‘Czy to kolejny z tych wygórowanych interesów?’, zapytał”.

Nie tylko piosenkarz miał mieszane uczucia co do tego spotkania. Także duńska księżniczka, Margrethe, po latach wyznała: „nie lubiłam go. Myślałam, że Elvis był straszny”.

Wizyta Skandynawskich księżniczek przeszła do historii i nawet dzisiaj jest bardzo często przypominana przez media przy różnych okazjach. W tym miejscu warto jednak zaznaczyć, że nie była ona jedyną wizytą królewskiej rodziny na planie nowej komedii z udziałem Elvisa.

Pojawienie się europejskich księżniczek poprzedziły (10 maja 1960) odwiedziny Króla Mehendra i Królowej Ratny z Nepalu, którzy sami zapłacili za możliwość spędzenia kilku godzin w studiu filmowym i zobaczenia Elvisa podczas pracy. Kilka tygodni później natomiast, 21 czerwca 1960 roku, tj.na kilka dni przed zakończeniem zdjęć do „G.I.Blues”, ekipę filmową swoją obecnością zaszczyciły władze Tajlandii – Król Bumiphol z małżonką, Królową Sirikit.

Ale nie tylko wizytami ważnych osobistości wypełniony był maj i czerwiec 1960 roku. Ten czas to przede wszystkim ciężka praca nad filmem. Z zachowanych wspomnień, książek i dokumentów wiemy dzisiaj zaskakująco dużo o kulisach powstawania jednego z najpopularniejszych obrazów z udziałem króla rock’n’rolla. Kilka tych najciekawszych ciekawostek chciałbym przytoczyć poniżej. Zacznę od kulisów słynnej sceny w pociągu, w której Elvis wykonuje utwór „Frankfort Special”. W jej nagraniu wzięli udział członkowie kwartetu The Jordanaires, który towarzyszył piosenkarzowi w studiu i na estradzie od 1956 roku. „Ostatecznie, pracowaliśmy na planie filmu Paramount w naszej scenie z piosenką ‘Frankfort Special’”, wspominał w książce „Cafe Europa” (MRS) Ray Walker. „Elvis ustawił nas w rzędzie i poprosił bym usiadł obok niego. Scena miała cztery składane boki i przypominała przedział lub kabinę w pociągu. Śpiewaliśmy do wcześniej nagranego tracku w jednym kącie, następnie członkowie ekipy rozbierali jedną ścianę, zastępowali ją inną do kolejnego ujęcia z innego kąta a my robiliśmy to samo, jeszcze raz. Scena podróży, sfilmowana wcześniej w Niemczech była odtwarzana obok nas na ekranie. Nigdy nie widzieliśmy Niemiec”. Zdaniem wokalisty basowego The Jordanaires opisywana scena wypadła bardzo realistycznie a wszyscy, którzy przyczynili się do jej powstania bardzo dobrze się bawili.

Równie przekonująco wypadły sekwencje w których filmowy bohater Elvisa, Tulsa McLean zajmował się kilkumiesięcznym dzieckiem o wdzięcznym imieniu ‘Tiger’. Chłopczyk był synem przyjaciół McLeana, Ricky’ego i Marly. I może nie byłoby w tym nic interesującego gdyby nie fakt, że… do nakręcenia scen z udziałem „Tigera” zaangażowano nie jedno ale… aż szóstkę (!) niemowlaków.

Precyzując były to trzy pary bliźniąt (Kerry Charles Ray, Terry Earl Ray, David Paul Rankin, Donald James Rankin, Donald Clark Wise i David Clark Wise). „Elvis Presley. Wszyscy myślą, że wiedzą jaki jest – otóż taki już nie jest. Nie jest on już potrząsającym biodrami symbolem nieposkromionej bestii, która mieszka w siedemnastoletniej piersi”, pisała jedna z amerykańskich gazet. „Wrócił z wojska wyrozumiały, skromny i opiekuńczy (w oryg. ojcowski, przyp.autor) – z gatunku filmów dla dorosłych. W ‘G.I.Blues’ Hala Wallisa i Paramount, swoim pierwszym po przejściu do cywila filmie siada na jednym miejscu z dzieckiem i kilkoma jego ‘kumplami’. Elvis wykazał duże zainteresowanie dziećmi w wieku 8-13 miesięcy, które zagrały jedno dziecko w filmie. Zapłakane dziecko, co Elvis odkrył, można osiągnąć na planie poprzez małe świństewko – pokazać mu butelkę mleka. Kiedy mu ją zabierzesz, wtedy zapłacze. Znacznie trudniej jest osiągnąć ‘efekt’ dziecka uśmiechniętego lub poważnego. Z tego też powodu, plus fakt, że prawo w Kalifornii ogranicza czas pracy dziecka na planie do dwóch godzin dziennie, reżyser zaangażował sobowtórów. W decydującym momencie jeśli ten zauważył, że wyraz twarzy któregoś z nich był najbliższy temu ze scenariusza zabierał go na plan i scena mogła zostać nakręcona”.

Opiekę nad młodymi aktorami sprawowały trzy specjalnie zaangażowane nianie. Każda z nich za jeden dzień pracy na planie filmowym otrzymywała wynagrodzenie w wysokości 22.05$.

Pozostając jeszcze na chwilę przy… dziecięcej tematyce warto skreślić kilka zdań na temat chyba najbardziej charakterystycznej i po dzisiejszy dzień uwielbianej przez dzieci sceny z komedii „G.I.Blues” – mianowicie sekwencji z utworem „Wooden Heart”. Elvis wykonuje tą starą niemiecką piosenkę ratując obwoźne przedstawienie kukiełkowe dla dzieciaków. Ekranowym właścicielem teatru był Ludwig Stossel. I jego przez kilka minut możemy zobaczyć w filmie (tak, to ten starszy pan wygłaszający kwestię „er ist kaputt”). Ale kto jeszcze odpowiadał za sukces tej sceny? Jak wszyscy dobrze pamiętamy Presley wykonał swój wielki przebój w towarzystwie… dwóch kukiełek – dziewczyny, której dedykował piosenkę i zazdrosnego myśliwego. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, kto nimi poruszał? Otóż, współtwórcami tej uroczej sekwencji byli Robert Allison Baker III, Donald G. Sahlin oraz F. Alton Wood.

Robert Allison Baker III doskonale zapamiętał dzień, w którym ona powstała. Na łamach doskonałej książki „Inside ‘G.I.Blues’” opowiadał: „wszedł na scenę i podszedł do lalki. Zaczęliśmy pracować z nim z małą dziewczynką. Wtedy odwrócił się do reżysera i powiedział: ‘nie mogę tego zrobić z tą lalką. Ona żyje! I to mnie wkurza! Muszę mieć trochę czasu żeby się uspokoić bo nie podoba mi się to uczucie, które teraz mam’. Po czym wrócił do swojej garderoby na ponad godzinę. W końcu powiedzieli mu, że musi wrócić ponieważ ta scena musi zostać ukończona tego dnia. Pod koniec numeru reżyser zapytał, ‘czy mam być ojcem marionetki?’ i bez wiedzy Elvisa założył sobie lalkę na rękę po czym zaczął uderzać Elvisa kijem w głowę. Początkowo Elvis był bardzo zły ale kiedy odwrócił się i zobaczył, że to reżyser stwierdził, że wszystko jest OK”.

Całej scenie przyglądała się Juliet Prowse, która siedziała wśród kilkuletniej widowni.

Kilkanaście lat później aktorka sama zdradziła kilka interesujących faktów z planu filmowego autorowi książki „Prywatne życie Elvisa”, Peterowi Hainingowi. Na łamach wydanej w 1987 roku publikacji opowiedziała m.in. o kulinarnych przyzwyczajeniach popularnego artysty. „Więc spotykaliśmy się w jego pokoju i tam jedliśmy nasze obiady. Muszę przyznać, że Elvis miał kilka dziwnych przyzwyczajeń w jedzeniu!”, mówiła Prowse.

„Nie lubił na przykład steku, cielęciny i ryb. Jego ulubionymi potrawami była wieprzowina, szynka i smażony kurczak przyrządzone na południowy sposób, tak jak robiła to jego mama. Czasami miał chęć na poszczególne dania i był taki okres w Los Angeles, kiedy to jadł na obiad kotlety z mięsa, puree z ziemniaków, sos i pokrojone pomidory codziennie przez kilka dni! Oczywiście zawsze lubił hamburgery, a przede wszystkim cheeseburgery, o ile tylko były naprawdę dobrze zrobione, a także francuskie frytki i różne mleczka w proszku. Do tego warzywa, szarlotkę i lody. Na ogół jadł typową żywność, tak jak większość Amerykanów – przede wszystkim gotowe półprodukty – i dlatego nigdy nie dziwiło mnie, że ciągle miał problemy z nadwagą”.

Aktorka przyznała, że próbowała nawet zainteresować Presley’a jogą by codzienne ćwiczenia pomogły mu utrzymać dobrą kondycję (a jednocześnie zastąpić „głodówkę”, której, według Prowse, Elvis musiał się poddawać by dobrze wypaść przed kamerą).

Bardziej niż jogą Elvis interesował się jednak w tamtym czasie sztuką karate. W przerwie pomiędzy kolejnymi ujęciami spędzał całe godziny na zgłębianiu tajników tej sztuki walki a także na łamaniu przy pomocy dłoni różnych przedmiotów – desek, płytek a nawet cegieł. I właśnie podczas takiego pokazu doszło do stosunkowo groźnego wypadku… Próbując przełamać ułożone przed nim deski Elvis złamał kość w ręce. Pomimo iż jego dłoń niemal natychmiast zrobiła się czerwona i pokryła opuchlizną zdjęć nie przerwano i w jednej ze scen komedii „G.I.Blues” do dzisiaj możemy oglądać skutki tego feralnego ćwiczenia. Uważni fani mogą się ich także dopatrzyć m.in. na tylnej części okładki płyty ze ścieżką dźwiękową z filmu (pierwsze zdjęcie po lewej stronie – to w którym Elvis trzyma w ręku gitarę).

Po tym bolesnym doświadczeniu piosenkarz zaczął uczyć karate także swoich przyjaciół i ochroniarzy – tzw. Mafię z Memphis by następnie z nimi ćwiczyć kolejne elementy walki.

Także pozostałe zainteresowania artysty nie należały do najbezpieczniejszych. Juliet Prowse zapamiętała, że „ulubionym sposobem Elvisa na odpoczywanie były zabawy samochodami – chevroletty, Rolls-royce, a nawet wozy studia filmowego, jak tylko mógł się do nich dobrać. Jeździł wokół studia na czymkolwiek co miało cztery koła (czasami wystarczyły mu i dwa koła gdy nie miał pod ręką nic innego)”. Zdaniem aktorki Elvis był „prawie taki jak każdy inny chłopak”. Do ulubionych marek Presley’a na początku lat sześćdziesiątych należał Cadillac El Dorado oraz Mark IV Lincoln Continental.

Zdjęcia do filmu „G.I.Blues” trwały do końca czerwca 1960 roku. Na krótko przed ich zakończeniem Elvis wziął udział w urodzinach swojego wielkiego idola, Deana Martina. Na przyjęciu zorganizowanym w studiu Paramount Pictures piosenkarz pojawił się w towarzystwie producenta Hala B.Wallisa i aktorki Shirlley McLaine.

Za oficjalny koniec prac nad pierwszym po wojsku filmem można uznać 29 czerwca 1960 roku, kiedy to Paramount zwolnił Presley’a z pozostałych zajęć i zezwolił na jego powrót do domu. Jeszcze tego samego dnia, Elvis wraz ze swoim kuzynem, Genem Smithem poleciał do St.Louis gdzie wypożyczył samochód, którym wrócił do Memphis. Do Graceland dotarł około godziny 15.00 następnego dnia i jak podaje kilka źródeł spędził wieczór w towarzystwie swojej ówczesnej dziewczyny, Anity Wood, kuzyna Gene’a i Louise Smith oraz swojego ojca.

G.I.Blues
Pierwsza kinowa zapowiedź komedii „G.I.Blues” odbyła się w Dallas, 18 sierpnia 1960 roku w tamtejszym Majestic Theatre. Ówczesny szef spółki dystrybucyjnej widząc reakcję zgromadzonej publiczności niemal natychmiast wysłał do Paramount telegram, w którym napisał, że „nigdy jeszcze nie był świadkiem tak wspaniałej reakcji na jakikolwiek film”.

Niespełna miesiąc później, 12 września, w kalifornijskim kinie Paramount Theater zorganizowano pokaz premierowy na którym zjawili się odtwórcy głównych ról, tj. Elvis Presley i Juliet Prowse a także choreograf Charlie O’Curran z małżonką, Patti Page. Ten niecodzienny event przykuł uwagę mediów z całych Stanów Zjednoczonych (wydarzenia z kalifornijskiego kina śledziła m.in. popularna felietonistka Hedda Hopper prowadząca w Los Angeles Times kolumnę „Hedda Hopper’s Hollywood”) a także daleko spoza ich granic. Plakaty promujące film dużymi literami zapraszały: „przyjdź zobaczyć i posłuchać nowego Elvisa!”. Asystent Hala Wallisa, Paul Nathan, określił całe wydarzenie (i sam film) mianem „olbrzymiego sukcesu”.

1 października, w sklepach pojawił się album z jedenastoma piosenkami z filmu. Jego wydania (mowa o wydaniu amerykańskim) nie poprzedził żaden singiel ale na okładce wytwórnia RCA informowała za pomocą małej czerwonej naklejki w kształcie serca, że fani znajdą na płycie przebój „Wooden Heart”. Soundtrack przyjęto, co ciekawe, z mieszanymi uczuciami… Jego najbardziej optymistyczną recenzję wydał chyba branżowy magazyn Billboard, w którym już kilka dni po premierze, 3 października, napisano, że: „album prezentuje wciąż najbardziej gorącego piosenkarza ze wszystkich w dziesięciu nowiutkich melodiach, z których każda pokazuje różne oblicza talentu chłopaka”.

Timothy Knight w swojej książce „Elvis In The Movies” wydanej w 2009 roku podtrzymał zachwyt recenzentów Billboardu pisząc, że „bez względu na muzyczne niedociągnięcia, piosenki z filmu są urocze i miłe dla ucha, zwłaszcza utwór tytułowy oraz energiczny ‘Frankfort Special’”. Niemniej jednak dodał, że „trzeba przyznać, że piosenki z ‘Żołnierskiego Bluesa’ (tak tytuł filmu tłumaczono w Polsce i naszych rodzimych opracowaniach-w tym w przekładzie cytowanej książki, przyp.autor)nie należą do największych osiągnięć Presley’a. Żadna z nich nie stała się też ponadczasowym hitem…”.

Najsurowiej jednak utwory ze swojego nowego longplaya ocenił sam Elvis, który stwierdził, że „większość z nich nie jest warta ‘funta kłaków’”.

Pomimo iż zdania na temat płyty były podzielone spragnieni nowych nagrań swojego idola fani i tak wiedzieli swoje i już 5 grudnia 1960 roku wywindowali album „G.I.Blues” na sam szczyt listy magazynu Billboard (płyta pojawiła się w zestawieniu kilka tygodni wcześniej na miejscu szóstym). Według różnych źródeł płyta pozostawała numerem jeden w zestawieniu aż przez dziesięć tygodni (broszura dołączona do płyty „G.I.Blues” z 1997 roku mówi o pięciu)! Ale to nie wszystko… Soundtrack z pierwszego nakręconego po wyjściu Presley’a do cywila filmu pozostawał na wspomnianej liście aż przez sto jedenaście tygodni !!! Był to (i wciąż pozostaje) absolutny rekord w dyskografii Elvisa w długości przebywania na liście przebojów.

Gigantyczne powodzenie w zestawieniu najlepiej sprzedających się albumów pop było jednak dopiero początkiem! „G.I.Blues”, który został zrealizowany zarówno w wersji stereo (tzw. LIVING STEREO) jak i monofonicznej trafił także na listę Cashbox Pop Albums (także tygodnika Billboard). I także na niej dotarł do miejsca pierwszego (na liście mono LP) którego nie opuścił przez kolejnych trzynaście (!) tygodni.

Prawdziwym zwieńczeniem tej lawiny sukcesów były aż dwie nominacje do muzycznego Oscara – Nagrody Grammy. „G.I.Blues” nominowano w kategorii „Najlepsze męskie wykonanie – album” oraz „Najlepszy soundtrack z filmu bądź programu telewizyjnego”.

W drugiej połowie października 1960 roku w amerykańskiej prasie zaczęły ukazywać się recenzje nowego filmu z udziałem Elvisa Presley’a. Jedną z pierwszych zamieściło pismo Variety. W artykule z 19 października można było przeczytać: „’G.I.Blues’ przywraca Presley’a na ekran w obrazie, który wydaje się być jeszcze jednym z tych frywolnych musicali z okresu II Wojny Światowej”.

Recenzent nie krył także swoich obaw dotyczących wyników w oficjalnych rankingach pierwszej po przygodzie z wojskiem komedii króla rock’n’rolla. „Biorąc pod uwagę logiczne założenie, że nastoletnia widownia, która wyniosła Presley’a na szczyty zestawień boxoffice wydoroślała, stała się mądrzejsza i bardziej zaawansowana w swoich upodobaniach a ‘comeback’ Hala Wallisa adresowany jest do nastoletniej publiczności tylko z ich strony otrzyma odpowiedź”, pisał. „Ale jeśli ten produkt Paramount ma być brany pod uwagę w boxoffice będzie potrzebował wsparcia zagorzałych wielbicieli Presley’a”.

Dziennikarz The New York Times’a, Bosley Crowther, poszedł o krok dalej i w swoim artykule „Elvis-Reformed Wriggler” (Elvis – Zreformowany Krętacz) z 5 listopada 1960 roku stwierdził wprost: „Cóż, to nie jest kwestia tego jak Wam się podoba. Wy, starsi, spokojniejsi ludzie macie w tym filmie naturalnie ładny kolor i od czasu do czasu ładne plenery. Pytanie brzmi jak ta piszcząca młodzież, dawni fani Elvisa, przyjmą rock’n’rollowego piosenkarza z miodem w żyłach zamiast krwi”. Crowther podkreślił w swoim tekście, że z buntowniczego Elvisa nic już nie zostało – „szczerze mówiąc to trudno w Elvisie z okresu przed wstąpieniem do wojska dostrzec tego młodego, dobrodusznego żołnierza, którego teraz widać na ekranie…” – dodając na koniec tekstu, że na nim osobiście nowy wizerunek Presley’a zrobił bardzo pozytywne wrażenie.

Pięć dni po publikacji w The New York Timesie, 10 listopada, „G.I.Blues” wszedł oficjalnie na ekrany w… Wielkiej Brytanii. Tamtejsi fani przyjęli go bardzo ciepło. „’G.I.Blues’ był lekki i pozwolił Elvisowi pokazać jego talent komediowy”, pisał prezes brytyjskiego fanklubu artysty, Todd Slaughter, w książce „The Elvis Archives”. „…ale przygody Amerykańskich żołnierzy w Zachodnich Niemczech nie obfitowały w podobieństwa do służby Elvisa. Większa część komedii skupiona jest wokół opieki nad dzieckiem, której musi podołać filmowy charakter Elvisa, Tulsa McLean. […] Juliet i Elvis stworzyli dobry ekranowy duet, a Robert Ivers jako przyjaciel Tulsy, Cooky, był dobry. Niemieckie tło dodało autentyczności a film okazał się bardzo popularny wśród widzów kinowych w przedświątecznym okresie”.

Równie dobrze angielscy wielbiciele Elvisa przyjęli płytę z piosenkami z filmu. „Soundtrack zawierał trochę dobrego materiału takiego jak ‘Frankfort Special’ i ładna ‘Pocketful Of Rainbows’”, zauważył Todd Slaughter. Na brytyjskiej liście przebojów album spędził pięćdziesiąt pięć tygodni z czego aż dwadzieścia dwa na jej szczycie.

Jeszcze większym powodzeniem cieszył się singiel z piosenką „Wooden Heart”. Dwujęzyczna kompozycja podbiła listy przebojów nie tylko w Wielkiej Brytanii (dwadzieścia siedem tygodni w zestawieniu i aż sześć na pierwszej pozycji) ale także w Niemczech, Danii, Austrii, Australii, Holandii a nawet w Południowej Afryce (wg. broszury dołączonej do reedycji LP „G.I.Blues” z kolekcjonerskiego katalogu FTD, w 1961 roku „Wooden Heart” był najlepiej sprzedającym się singlem i nawet zyskał miano ‘Singla Roku’). Do dzisiaj wielu badaczy twórczości Elvisa zastanawia się dlaczego podobny singiel nigdy w tamtym czasie nie został zrealizowany w USA. Jedna z teorii głosi, że stało się tak przez samego Elvisa, który nie był zadowolony z nagranych piosenek. Inna mówi o braku wiary w potencjał któregokolwiek z zarejestrowanych utworów. Warto dodać, że w 1961 roku Joe Dowell zajął pierwsze miejsce na amerykańskiej liście przebojów ze swoją własną wersją „Wooden Heart”.

Do amerykańskich kin z kolei „G.I.Blues” trafił dopiero 23 listopada 1960 (wejście na ekrany poprzedził jeszcze jeden pokaz specjalny, który miał miejsce 15 listopada w Fox Wilshire Theatre w Los Angeles. Wzięli w nim udział m.in. Ronald Regan-późniejszy prezydent USA oraz Cesar Romero). Tydzień później komedia była już na drugiej pozycji tygodniowego zestawienia najlepiej zarabiających filmów pisma Variety (pomimo iż w jednej z recenzji napisano, że „scenarzyści odkurzyli najcieńszy tekst z annałów komedii by dać Elvisowi Presley’owi możliwość odśpiewania dziesięciu kiepskich piosenek”). Ostatecznie „G.I.Blues” został czternastym najbardziej kasowym obrazem 1960 roku. Rok później natomiast Stowarzyszenie Pisarzy Amerykańskich (Writers Guild Of America) nominowało go w kategorii „Najlepiej Napisany Amerykański Musical”.

Premierze komedii „G.I.Blues” towarzyszyło uczucie wielkiego oczekiwania jak i… wielkie emocje. W samym tylko Meksyku podczas pokazu filmu (ukazał się tam dopiero w październiku 1962 roku) doszło do poważnych zamieszek. W kinach wyrywano siedzenia i rozbijano okna. W wyniku tego aktu wandalizmu władze Meksyku zakazały puszczania kolejnych filmów z udziałem Presley’a. Zakaz obowiązywał przez cztery i pół roku! Znacznie łagodniej sytuacja wyglądała w Indiach. Tamtejsza cenzura wycięła z oryginalnego filmu scenę tańca Juliet Prowse w klubie Cafe Europa uznając ją za zbyt wulgarną. Co ciekawe, także w Grecji komedię „G.I.Blues” wyświetlano jako… „Erotic Expedition”.

„G.I.Blues” przyniósł Elvisowi dochód w wysokości 175,000 Dolarów. Po latach, niechętny wcześniej do filmowych piosenek artysta, sięgał po nie podczas swoich koncertów. Przebojem o który najczęściej prosili go jego fani było oczywiście „Wooden Heart”. Pomiędzy 1971 a 1977 rokiem wykonał ją sześć razy. Pierwszy raz 3 września 1971 roku podczas wieczornego koncertu w International Hotel w Las Vegas a po raz ostatni 12 lutego 1977 roku w Hollywood, FL.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.